wtorek, 2 grudnia 2008

rowerowy zawrót głowy

Nie jeżdżę na rowerze. Kilka razy w swoim krótkim życiu, żałowałam, że roweru nie posiadam i nie wypuszczam się w, jakże zielone, tereny Śląska i okolic…
Dziś nie żałuję. Dziś, cieszę się, iż jestem posiadaczką dwóch zdrowych nóg i sobie chodzę. Bo, gdybym miała rower, chyba bym ze złości i niedowierzania zeszła z tego z świata w sposób cichy i niezauważalny…

29.listopada zmienił się taryfikator mandatów. Źle jeździsz- będziesz musiał mieć albo szczęście, albo gruby portfel.
Zmieniła się także wysokość mandatów dla rowerzystów, którzy łamią przepisy.
Uwaga, uwaga! Za jazdę po chodniku lub po przejściu dla pieszych będą płacić 100 zł, a nie jak dotąd 50 zł. Podwyżka o 100% (wiedziałam, że matematyka kiedyś mi się przyda).

Ja nie jeżdżę, ale patrzeć umiem i czasami to robię. Jeśli nie po chodniku, to gdzie oni mają jeździć? Fakt, czasami to irytujące, ale nie ma innego wyjścia. Albo TIR nadjeżdżający z naprzeciwka albo popchnięta staruszka, która upada z trzaskiem na chodnik- wybór należy do Ciebie.
Teraz was zaskoczę- w Polsce nie ma tyle ścieżek rowerowych, co by rowerzyści spokojnie mogli po nich sobie hasać.
Oprócz braku autostrad, dobrych dróg i miłych pań w urzędach jest to wielki problem w naszym kraju. Nic nie zmieni wysokość tych mandatów. No, może oprócz frustracji i psioczenia na państwo, gdy w TV nie ma nic ciekawego.

Absurdy gonią absurdy. Po salwie śmiechu przestaje być śmiesznie. A rzeczywistość staje się groteskowa. I już nic nie wiadomo. Jak zawsze ;)


Całe szczęście, prezydenta kule się nie imają…

poniedziałek, 1 grudnia 2008

jak skutecznie straszyć panią z monopolowego


W zastraszającym tempie znika z ulic poczucie humoru. Już nie można sobie swobodnie pogawędzić w autobusie z nieznanym towarzyszem podróży. Komu by tam do głowy przyszło rozpoczynać rozmowę o niczym z jakże miłą panią z osiedlowego zieleniaka. Ciężkie czasy nadeszły…
Wydawałoby się, że polska nieufność, tak wyraźnie dająca się odczuć pod rządami J.K., minie z nadejściem nowego rządu. Ale gdzie tam.
Ona pozostała. Czai się po kątach, a czasami nawet bezczelnie wychodzi na światło dzienne.

Przed imprezą andrzejkową poszłyśmy z Ive do sklepu po coś do picia. Tak wyglądało nasze zderzenie z ludzką podejrzliwością…


Występują:
Ive- I
Ja- J
Sprzedawczyni- S

I i J wchodzą do sklepu: Dzień dobry!
S: Dzień dobry! Co podać?
J: Hmm no nie wiem. Może (cenzura), a może (cenzura)…Ja na razie dziękuję, muszę się zastanowić. Ive, jak sądzisz?

Następuje wymiana zdań, po której już wiem, co chcę :P

J: To ja poproszę (cenzura)

Sprzedawczyni podaje cenę, ja daję pieniążki… I, gdy wydaje resztę nadchodzi armagedon…

J: A dowodu pani nie chce zobaczyć (z uśmiechem się pytam, z uśmiechem cholera!!)
S (podejrzliwie patrząc na mnie, ściszając głos…jej wzrok mógłby zabić….)
S: A pani z kontroli? (no o tym bym nie pomyślała!!)

Sytuacja staje się coraz bardziej napięta…
J: ee Nie…

Ive się śmieje, a ja się tłumaczę ( i prawie ją przepraszam za to, że nie wylegitymowała osoby kupującej alkohol)
J: Już nikt nie chce oglądać mojego dowodu (prawie płaczliwie)

Ive wkracza do akcji i niewiadomo kogo broni, bo chyba nie mnie. Zdrada na polu walki!!

I: No bo tu pewnie zazwyczaj studenci zaglądają, co już mają 18 lat…
S: (już rozluźniona, ale do lekkiego tonu jeszcze jej daleko) Młodzież też się trafi, ale tu (czyli ja, ooooo) widać, że 18 już jest…
J: (z niesmakiem) taaaa
I i J: do widzenia (już tu więcej nie wrócimy)

Co za trauma… Chamstwo, brak taktu i poczucia humoru. Mojego też;)