Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2009

wybory do PE

Nagle jasne stało się, czemu Polska nie osiągnęła pozycji międzynarodowego gracza, o pozycji którego tak bardzo marzyła. Przed wstąpieniem Polski do UE mówiło się, iż Warszawa będzie nieformalnym przedstawicielem interesów państw Europy Środkowo-Wschodniej. Potem, mieliśmy zostać adwokatem Ukrainy i pomóc jej w drodze do Unii. Te i inne plany roztrzaskały się o mur nie do przebicia, a my- czyli Polska, po kilku latach, znowu zamierzamy być zamiast po prostu być…

Przypominam to nie bez powodu. Proszę Państwa, oto zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego i kampania w toku. Ale nie byle jaka- bo nie (!)merytoryczna.
Platforma Obywatelska będąc w Europejskiej Partii Ludowej- najsilniejszej frakcji w PE, ma pewne mocne argumenty w ręku- EPL-ED to spora siła, która w PE coś znaczy.
Wydaje się, iż każdy powinien się z tego faktu cieszyć. Wszak to dobra nowina dla Narodu. EPL-ED jest frakcją rozpoznawalną, cenioną i dobrze, że w takiej grupie znajduje się gros Polaków. PiS należy do Unii na rzecz Europy Narodów, która jest bodajże 4 siłą w PE. PO w tej kampanii nawołuje zatem, by zagłosować właśnie na partię Tuska, by mieć pewność, iż głos nie zostanie zmarnowany i nie zasili konta słabych, mniejszych frakcji.

Pan Kaczyński stwierdził, że PO okaże się nielojalne w stosunku do Narodu (do nas), jeśli nie opuści szeregów EPL (stało się to po wystąpieniu niemieckich chadeków dot. uznania wypędzeń za złe). Równocześnie proponuje utworzenie razem z PiS i brytyjskimi konserwatystami nowej frakcji w PE. Kusząca propozycja?
Skąd pewność, że nie przeniosą swoich sporów do PE? Skąd pewność, iż będą razem współpracować dla dobra Europy i nie będą wykorzystywać nieporozumień (tak jedna, jak i druga strona), aby coś ugrać na polskiej scenie politycznej?
Sama propozycja mnie nie zaskoczyła. Proponować zawsze wolno i warto, bo to otwiera pole do wymiany stanowisk i rozmowy (czasami się zdarza wręcz odwrotnie, pech).
Oniemiałam na dźwięk słowa „nielojalność”. Nielojalnym to byłby D.Tusk, gdyby na propozycję przystanął i ugiął się pod naporem PiS, który z braku innych możliwości znowu budzi niemieckie demony i straszy Niemcem. Kto w tym momencie jest nielojalny?

Nieważne, co myślicie.
Idźcie na wybory 7 czerwca.
By pokazać, że w Unii Europejskiej nie znaleźliśmy się przez przypadek.
Że jesteśmy w UE nie tylko po to, by czerpać pieniądze z funduszy unijnych, ale także po to, aby ją tworzyć.
By po 5 latach członkostwa udowodnić sobie i innym, że jesteśmy w UE, bo chcemy i, że jesteśmy świadomi Europy.
Idź na wybory, by przestać zmierzać do czegoś, ale w końcu to osiągnąć.
Polak potrafi. Oby 7 czerwca o tym nie zapomniał.

niedziela, 12 kwietnia 2009

poczta i zmysł obserwacji

Od dziecka słyszałam, że za komuny było lepiej….Zewsząd padały porównania, jak to dzisiaj jest źle i jak wtedy było lepiej- może nie dobrze, ale lepiej, inaczej. Jestem przekonana, że Ty także o tym słyszałeś. Zawsze wydawało się mi się to irracjonalne i bardzo- emocjonalne. Nie żyłam w poprzednim systemie, ale czując jego oddech na plecach wiedziałam, że ja dziękuję, ale żyć wtedy bym nie chciała i byłam wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
Obserwowanie zmiany, bo teraz mi o to chodzi, która nastała, byłoby ciekawym przeżyciem, ale czy bym to zauważyła? Czy bym tego doświadczyła? Obudziłabym się tuż po zmianie systemu i stwierdziłabym, że tak, jestem szczęściarą, bo na moich oczach dokonała się historyczna zmiana? Ba, wszyscy o tym mówili, ale czy tak naprawdę to czuli? W każdej komórce swego ciała, czy byli świadomi następstw, konsekwencji? Czy byli podnieceni samą myślą o tym, podekscytowani tym, co jutro może przynieść dzień? O historii łatwo mówić, ale czy równie łatwo ją przeżywać? Tego bym się bała. Że coś przemknie tuż obok mnie, a ja tego nie zauważę. Pewnie dlatego los mi oszczędził takiego rozczarowania…
No, więc mamy tą komunę. Dziwi fakt, że nawet moi rówieśnicy odwołują się do tamtych czasów w sposób, który by sugerował, że tam byli, żyli i oddychali tamtym powietrzem… Narzekają na kolejki, na obsługę i na mentalność innych ludzi. Cóż… mnie też to dotknęło.
Na poczcie.
Wydawałoby się, że to jest proste. Przyszłam, chcę wysłać list, potrzebuję blankietu nadania listu za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nie jest nigdzie wystawiony, więc udaję się do okienka. Czekam w kolejce. Kolejka się wydłuża. Gaśnie prąd i panie urzędniczki wpadają w popłoch…Ciemno, słychać tylko poirytowany oddech ludzi za mną. Znacie to. Nagle ludzie wzdychają, tupią, ech ach, och. Nerwowo zerkają na zegarek. Dostaję bankiet dot. nadania przesyłki poleconej i urzędniczka wychodzi… Pani za mną ze zrozumieniem mówi, że jeszcze powinnam wziąć taki żółty (zwrotne potwierdzenie otrzymania listu), bo jeśli go teraz nie wezmę, to będę musiała jeszcze raz w tej kolejce stać i to dwa razy więcej czasu zajmie…No jasne, tylko, że ja potrzebuję pomarańczowy (bo za granicę ten list wysyłam). Dziękuję za informację i czekam na ten blankiet (ile to czasu może zajmować!). Pani wraca, podaje mi go i ja, grzecznie, choć z grzesznymi myślami, wychodzę z kolejki. Gdy do niej wracam, dalej jest długa…Dziewczyna przede mną ma do odbioru paczkę.
Dziewczyna (D): Dzień dobry [podaje kwit Urzędniczce (U)]
U: [wyciąga rękę po kwit, wychodzi]
…..
U:[ podaje D kartkę do podpisu, wskazuje miejsce, gdzie ma się podpisać]
D: Mogę długopis?
U:[podaje długopis]
D:[podpisuje, oddaje długopis]
D: Dziękuję
U:[podaje paczkę]
D: do widzenia

Jak zauważyliście, U nie odzywa się w ogóle. Skonsternowana, gdy przyszła moja kolej, nie wiedziałam jaką rolę mam odegrać. Czy odzywać się i silić się na grzeczność, czy też zagrać w jej grę i udać, że język polski to trudny język, więc po co w ogóle go używać. Resztkami sił, odezwałam się. Standardowo- proszę, dziękuję, do widzenia.
Ale tak naprawdę, to mam to wszystko w dupie. Urząd żywcem wzięty z czasów komuny. Jesteśmy ludźmi i trochę kultury, no naprawdę szczyptę, odrobinę, by się przydało. Urząd przyjazny ludziom?
Ja rozumiem, że ludzie po drugiej stronie są zmęczeni. Zestresowani, bo prądu zabrakło. Ale czy to jest powód? Tak bezosobowo? Tak bezpciowo? Bez smaku i koloru?

piątek, 6 marca 2009

8 marca tuż tuż ;)

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie, że coś tam, coś tam ;)

Czekając na tramwaj dostrzegłam dwóch chłopców, którzy od kwiaciarki kupowali kilkanaście tulipanów. Widok ten był obezwładniający mnie od czubka głowy do końca małego paluszka u stopy. Czyżby Dzień Kobiet? Powoli dochodziłam do oczywistej oczywistości. Jest 6 marca. Dzień Kobiet w niedzielę ;) Porażona swoim odkryciem obserwowałam chłopaków (może gimnazjum). Jeden trzymał naręcze badylków i gdy kwiaciarka wymieniła cenę spojrzał się na swojego towarzysza a ten wyciągnął 100zł (sic!). Gimnazjalista był w posiadaniu banknotu 100-złotowego. No nie wierzę ! Koledzy w liceum (dobrodziejstwa gimnazjum na szczęście mnie ominęły) kupowali tulipanki, ale zbiórka tych pieniędzy wyglądała komicznie i uroczo zarazem. Na przerwie każdy z nich z kieszeni wysupływał złotówki, na dłoni liczyli, czy aby starczy…Dwóch wybiegało z monetami w czasie przerwy do kwiaciarni i na początku lekcji wchodzili i wtedy następowała cała ta szopka.
A teraz!
100zł. Przed lekcjami. Wszystko zaplanowane. FUJ!

Były szef przysłał życzenia. Pozwolę je sobie tutaj przytoczyć. Naprawdę się wzruszyłam. On czuje się zaszczycony... :)


Szanowne Koleżanki , Drogie Panie.

Z okazji zbliżającego się Międzynarodowego Dnia Kobiet pragnę złożyć Wam serdeczne życzenia.
Pozwólcie ,że w tym miejscu przytoczę słowa naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II „dziękuję Ci Kobieto,
za to ,że jesteś Kobietą! Zdolnością postrzegania , cechującą Twą kobiecość wzbogacasz właściwe zrozumienie świata
i dajesz wkład w pełną prawdę o związkach między ludźmi.”
Życzę wszystkim Paniom dużo zdrowia, wiary niezłomnej we własne możliwości, szczęścia oraz
wszelkiej pomyślności w życiu osobistym i zawodowym.
Niech każdy dzień pozwoli Wam realizować się w wymarzonym przez siebie wymiarze ,czuję się zaszczycony ,
że mogłem z Wami pracować.


Z wyrazami szacunku

Szacunek, zaszczyt, cukierki, ciasteczka!

czwartek, 19 lutego 2009

kwaśno

Wczoraj brakło mi tchu. Nie sądziłam, że kiedyś się to przytrafi. Byłam pewna, że znam siebie, a okazało się, iż jestem zwykłą asekurantką. Smutne, bo prawdziwe.

A do czego zmierzam?

Pokłóciłam się z klientką naszego biura. Powiedziałam, iż nie jesteśmy w stanie już jej przyjąć, bo zaraz zamykamy. Nieopisanie jest mi przykro, niech przyjdzie następnego dnia i takie tam. Bo wiecie- pracujemy do określonej godziny (wisi informacja), ale z drugiej strony, ona ma problem, zwróciła się do nas o pomoc, jesteśmy jej potrzebni, długo czekała, a i odeszła z kwitkiem. Z tych powodów nie mogłam być niemiła, chciałam być delikatna.
Ona wyglądała niegroźnie, toteż poinformowanie jej o tym, iż może sobie już pójść wydawało się łatwizną. Przeliczyłam się. Zaczęła krzyczeć. Obwiniać. Po chwili już się nawet nie uśmiechała.

Przyjdzie następnego dnia.
Pomożemy jej.
Niesmak pozostał.
Po czym?

Ja jej uległam, ja się poddałam. Zmiękłam. Mogłam w pewnym momencie być bezczelna, złośliwa ocierając się nawet o niegrzeczność (ona taka była). Ale nie zrobiłam tego. Dlaczego? Przecież to potrafię, lata praktyki za mną. Co mnie powstrzymało?
Nie znałam jej, była dla mnie obca osobą. I tu chyba pies pogrzebany, Łatwiej jest wypowiadać słowa pełne agresji, ironii w rozmowie z kimś, kto wiemy jak zareaguje, z kimś, z kim nie jesteśmy w relacji służbowej.
Sądziłam, że ja zawsze potrafię.

Ideał sięgnął bruku.

środa, 18 lutego 2009

Pszczoły gadanie

Spotkanie z Pszczołą odbyło się w iście szampańskim nastroju.
Do czasu… Moje chodzące sumienie (to już drugie, po Ive, - coraz ich więcej, czemu?) zwróciło mi uwagę, że zaniedbuję Madame i Dużą. Podobno te narzekają, iż ja nie mam dla nich czasu, bo ciągle pracuję. Faktu, iż z Pszczołą mam czas się spotkać, nie komentują- przynajmniej nie w towarzystwie.
Nie lubię być do czegoś zmuszana. Oczywiście, chętnie się z nimi spotkam. Rozmowa z nimi sprawi mi wielką przyjemność. Z pewnością umówiłabym się z nimi wkrótce. Tylko, że …w dogodnym terminie. A w tej chwili, czuję się do tego przymuszana! Ktoś czegoś ode mnie oczekuje i ja powinnam na to jakoś odpowiedzieć (wiadomo już jak). Od razu przypomina mi się Ive z jej życiową filozofią…
Czy czyni to ze mnie potwora? Nie powinno ;)
Jakieś priorytety trzeba mieć. A mając w zasadzie tylko trzy wolne popołudnia w tygodniu, trzeba dokonywać wyboru. Trudnych wyborów ;) Szanować czas i mierzyć siły na zamiary. Ponadto, potrzebuję, aby od czasu do czasu skupić się na sobie, posiedzieć w domu, z książką i szwędaniem się po mieszkaniu. To ludzkie. To moje. Bez tego oszaleję!

To moje wytłumaczenie. Sen mam spokojny.

poniedziałek, 2 lutego 2009

kulturalnie

Czasami, gdy chce sama przed sobą udać osobę zorganizowaną i mało rozrzutną przed zakupami sporządzam listę, co mam kupić. Zabieg ten prosty, czyniony przez rzeszę innych ludzi, aby nie dać się zwieść promocjom i tanim chwytom.

Zrobiłam listę książek, które chciałam kupić. Dawno temu to było. Minęło kilka tygodni, a książek nie mam do dziś. Sytuacja uległa zmianie parę dni temu.
W tamtym tygodniu poszłam na zakupy. Wieczór był chłodny. Dłonie bez rękawiczek marzły i wołały o ratunek. W herbaciarni kupiłam niezliczoną ilość herbatek. Było dość późno, spieszyłam się na autobus…Nagle, moim oczom ukazała się księgarnia…Nie miałam ww. listy przy sobie, ale pomyślałam sobie, że przecież na tamtych książkach nie skończy się moje czytanie i nie zaszkodzi kupić teraz jakiejś jednej pozycji.. Kupiłam „Chudszy” S. Kinga oraz….no właśnie….Jakiś czas temu została wydana kontynuacja powieści Cień wiatru- „Głos anioła”. Obejrzałam ją i odłożyłam z powrotem. Potem sobie szybciutko przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, iż kupię także i ją. Dwie książki to nie koniec świata…Poszłam do kasy, zapłaciłam, pognałam na autobus. W domu, otworzyłam reklamówkę i okazało się, że kupiłam Cień wiatru…

Mam problem. Wydaje mi się, że nawet nie chce sobie z nim poradzić. Przecież to jest takie nieszkodliwe :P I tak miałam sobie kupić dwie części…Sęk w tym, że zawsze pozostaje jakieś ale…


Z nowin nowszych- wczoraj obejrzałam Księżną. Chyba lubimy takie filmy.
Jak te głupie sądziłyśmy, że dobrze się to skończy…No cóż- tak też się nie skończyło. Nie żyli długo i szczęśliwie.
A tym razem- to my się śmiałyśmy. Gdy on (ten zły) powiedział, że ją kocha (a nie kochał) z naszych gardeł wydobył się ironiczny pomruk (no dobra, śmiech). Na te 10 osób tylko my tak zareagowałyśmy. Od razu przypomniały nam się inne seanse, w których to inni się śmiali, a my milczałyśmy, by po chwili dyskretnym spojrzeniem pokazać sobie nawzajem co o nich myślimy- bo przecież nie czas i miejsce na takie zachowanie, to nie był śmieszny moment…Lubiłyśmy krytykować tamtych za takie nieprzyzwoite treści wyrazu swojego odczucia wobec danej sceny. Czułyśmy się lepsze, bardziej kulturalne, bardziej przyzwoite, umiejące się zachować, z dobrym wyczuciem chwili i tego, co śmieszne jest, a co zabawne nie jest…

Czułyśmy, lubiłyśmy…Teraz to czas przeszły. Jesteśmy takie jak tamci. Zachowujemy się i oddychamy jak oni. Nasza mała tragedia….

A może to było śmieszne i jak zwykle okazało się, że my mamy to „coś filmowego” , a oni nie? Takkk, na pewno taaakkk ;)
I w ten sposób, tak rozumując, można przez całe życie spać spokojnie. Polecam wszystkim ;)

wtorek, 2 grudnia 2008

rowerowy zawrót głowy

Nie jeżdżę na rowerze. Kilka razy w swoim krótkim życiu, żałowałam, że roweru nie posiadam i nie wypuszczam się w, jakże zielone, tereny Śląska i okolic…
Dziś nie żałuję. Dziś, cieszę się, iż jestem posiadaczką dwóch zdrowych nóg i sobie chodzę. Bo, gdybym miała rower, chyba bym ze złości i niedowierzania zeszła z tego z świata w sposób cichy i niezauważalny…

29.listopada zmienił się taryfikator mandatów. Źle jeździsz- będziesz musiał mieć albo szczęście, albo gruby portfel.
Zmieniła się także wysokość mandatów dla rowerzystów, którzy łamią przepisy.
Uwaga, uwaga! Za jazdę po chodniku lub po przejściu dla pieszych będą płacić 100 zł, a nie jak dotąd 50 zł. Podwyżka o 100% (wiedziałam, że matematyka kiedyś mi się przyda).

Ja nie jeżdżę, ale patrzeć umiem i czasami to robię. Jeśli nie po chodniku, to gdzie oni mają jeździć? Fakt, czasami to irytujące, ale nie ma innego wyjścia. Albo TIR nadjeżdżający z naprzeciwka albo popchnięta staruszka, która upada z trzaskiem na chodnik- wybór należy do Ciebie.
Teraz was zaskoczę- w Polsce nie ma tyle ścieżek rowerowych, co by rowerzyści spokojnie mogli po nich sobie hasać.
Oprócz braku autostrad, dobrych dróg i miłych pań w urzędach jest to wielki problem w naszym kraju. Nic nie zmieni wysokość tych mandatów. No, może oprócz frustracji i psioczenia na państwo, gdy w TV nie ma nic ciekawego.

Absurdy gonią absurdy. Po salwie śmiechu przestaje być śmiesznie. A rzeczywistość staje się groteskowa. I już nic nie wiadomo. Jak zawsze ;)


Całe szczęście, prezydenta kule się nie imają…

poniedziałek, 1 grudnia 2008

jak skutecznie straszyć panią z monopolowego


W zastraszającym tempie znika z ulic poczucie humoru. Już nie można sobie swobodnie pogawędzić w autobusie z nieznanym towarzyszem podróży. Komu by tam do głowy przyszło rozpoczynać rozmowę o niczym z jakże miłą panią z osiedlowego zieleniaka. Ciężkie czasy nadeszły…
Wydawałoby się, że polska nieufność, tak wyraźnie dająca się odczuć pod rządami J.K., minie z nadejściem nowego rządu. Ale gdzie tam.
Ona pozostała. Czai się po kątach, a czasami nawet bezczelnie wychodzi na światło dzienne.

Przed imprezą andrzejkową poszłyśmy z Ive do sklepu po coś do picia. Tak wyglądało nasze zderzenie z ludzką podejrzliwością…


Występują:
Ive- I
Ja- J
Sprzedawczyni- S

I i J wchodzą do sklepu: Dzień dobry!
S: Dzień dobry! Co podać?
J: Hmm no nie wiem. Może (cenzura), a może (cenzura)…Ja na razie dziękuję, muszę się zastanowić. Ive, jak sądzisz?

Następuje wymiana zdań, po której już wiem, co chcę :P

J: To ja poproszę (cenzura)

Sprzedawczyni podaje cenę, ja daję pieniążki… I, gdy wydaje resztę nadchodzi armagedon…

J: A dowodu pani nie chce zobaczyć (z uśmiechem się pytam, z uśmiechem cholera!!)
S (podejrzliwie patrząc na mnie, ściszając głos…jej wzrok mógłby zabić….)
S: A pani z kontroli? (no o tym bym nie pomyślała!!)

Sytuacja staje się coraz bardziej napięta…
J: ee Nie…

Ive się śmieje, a ja się tłumaczę ( i prawie ją przepraszam za to, że nie wylegitymowała osoby kupującej alkohol)
J: Już nikt nie chce oglądać mojego dowodu (prawie płaczliwie)

Ive wkracza do akcji i niewiadomo kogo broni, bo chyba nie mnie. Zdrada na polu walki!!

I: No bo tu pewnie zazwyczaj studenci zaglądają, co już mają 18 lat…
S: (już rozluźniona, ale do lekkiego tonu jeszcze jej daleko) Młodzież też się trafi, ale tu (czyli ja, ooooo) widać, że 18 już jest…
J: (z niesmakiem) taaaa
I i J: do widzenia (już tu więcej nie wrócimy)

Co za trauma… Chamstwo, brak taktu i poczucia humoru. Mojego też;)

czwartek, 27 listopada 2008

egoistycznie-sympatycznie

Czasami się do tego nie przyznaję, ale lubię kontakt z innymi ludźmi. Nie przyznaję się do tego sama przed sobą, bo postrzegam siebie jako NIESYMPATYCZNĄ, choć czasami uroczą…
Kontakt z innymi ludźmi cenię, z pobudek czysto egoistycznych.
Rozmowa z drugim człowiekiem- nieważne, czy inteligentnym, światowym, zabawnym i dającym się lubić, czy gburem, chamem, roszczeniowym skąpcem, zawsze coś we mnie pozostawia.
I znowu- nieważne, co to jest- niesmak, fascynacja, wstyd nad własnym ograniczonym umysłem i postrzeganiem świata. Odkrywam siebie, poznaję własne niedociągnięcia, poczucie humoru. Widzę, jak reaguję na zachowania innych i mogę to zmienić, lub nie… Obserwuję mój świat oczami drugiego człowieka i, nie ukrywam, oceniam go. Czasami ma to działanie depresjogenne, czasami wręcz przeciwnie.
Buduję wartość. Swoją. Własną. Niczyją inną.

Wykorzystuję.

Wchodzę na blogi o książkach, co by nie myśleć, że jestem taka oczytana…

Wchodzę na fora polityczne, żeby się przekonać, że inni tez mają rację i swoją prawdę głoszą jako jedną i jedyną.

Odwiedzam fora prawne, co by się odnaleźć w gąszczu przepisów.

Rozmawiam, żartuję, słucham, słucham i słucham.

Poznaję siebie.
Dzięki :)

środa, 26 listopada 2008

nie jestem sympatyczna

Rozmawiając dzisiaj z koleżanką w pracy, dowiedziałam się czegoś o sobie.
Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, bardzom się zdziwiła ze swego odkrycia.
Nie tyle z samego faktu, co z jego rangi, ważności i z tego, jak ta wiedza może mi się przydać w przyszłości…

Nie lubię słowa „sympatyczna”, „sympatyczny”, „sympatycznie” i innych, wszelkich niepoprawnych odmian tego parszywie miłego i, nic nie znaczącego wbrew pozorom, słowa. Uf, zdanie długie, ale wyszło :P

Co tak naprawdę myślimy, gdy je wypowiadamy?

„On jest sympatyczny”
(czyt. nic o nim nie wiem, ale nie chce wyjść na nieczułą i powiedzieć, że wydaje się być albo nudny, albo przesadnie porządny, nijaki, nie w moim typie, itd…dlatego powiem s…..)

„Ona jest sympatyczna”
(czyt. to samo, co powyżej+ ona mogłaby być matką moich dzieci, ale TYLKO matką, wiesz o co chodzi :P)

nazywanie obiektów, rzeczy, określanie w ten sposób pogody
(czyt. brak mi słów, nie potrafię znaleźć innego określenia, aby nazwać to, o czym mówię)

„na imprezie było sympatycznie”
(czyt. nie podobało mi się, wolałbym grać w karty z moją matką niż marnować czas na tej nudnej imprezie; tyle było szumu, a wyszło jak zwykle; nie poznałem nikogo ciekawego, myślałem, że będzie fajniej [a tu kolejne ekstra słowo, o którym później :P])

„to spotkanie/randka była sympatyczna”
(czyt. guzik prawda, nie podobało mi się, ale prosto w oczy Ci tego nie powiem)

I tak dalej, i tak dalej…

Generalnie wydaje się, że to słowo wychodzi z użycia. Nie jesteś już sympatyczna, bo to trąci myszką i wydajesz się wtedy troszkę stara, nie na czasie.. Dziś nie jesteś sympatyczna, jesteś cool, jazzy, ekstra i ja pewnie też jestem stara, bo nie znam ciągle przybywających nowych określeń, których mi tu teraz brakuje.

Zgodnie ze słownikiem, sympatyczny to: ujmujący, pociągający, miły…

Chcę być ujmująca, pociągająca, ale miła?? Tego słowa też nie lubię.
Brrr ciarki przechodzą na samą myśl, że je kiedyś usłyszę, co raczej się nie zdarzy, bo ja przecież miła nie jestem :D

Nie skomentuję zdań w stylu „miły pan spotka sympatyczną panią w średnim wieku”. Pozostawię to dla Was. A, taki mały prezent. Gift ;)

wtorek, 18 listopada 2008

jak ciężko być Europejczykiem ;P

Nigdy nie wiadomo, kiedy ze swoją niewiedzą, lękami spotkamy się twarzą w twarz. Pomacha nam wtedy, przypomni o swoim istnieniu i albo doprowadzi do konstruktywnego działania, albo na tym spotkaniu się skończy.

Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle :D

Do tego spotkania doszło w pociągu linii Intercity, na trasie Warszawa- Katowice, w przedziale nr 7.

Zasadniczo, rozmawialiśmy o niczym. Ale w tej nicości kryła się potęga gotowa zniszczyć najbardziej wytrwałego śmiałka.

Rozmawiać z obcokrajowcem. Udawać, że rozmowa ta nie jest wysiłkiem. Szybko, w mgnieniu oka, znajdować potrzebne słowa do prostego zdania. Przez obco brzmiące słowa okazywać zadowolenie, zainteresowanie, rozbawienie. Mówić o poważnych kwestiach, o stosunkach społecznych, jakby robiło się to codziennie (oczywiście nie po polsku)…

Ciężko....
A coś jeszcze? Pewnie, że było. Ale niech to zostanie moją słodką tajemnicą. Moją i I :D Przynajmniej do następnej notki :D

piątek, 18 lipca 2008

autobusy i tramwaje

Usiadła naprzeciwko i od razu zwróciła na siebie uwagę. Coś w niej drgało, coś było nie w porządku. Obraz nie zgadzał się, brakowało równowagi. Próbowała nam coś sprzedać, ale dość nieudolnie. Osoba jej, wydaje się, skromna; ubiór temu nie przeczy. Ba, nawet ma apaszkę w kolorze hmm bliżej nieokreślonym, nie rzucał się w oczy, w każdym bądź razie- mieszanka czerni, brązu i szarości… Płaszcz skrojony konserwatywnie, bez udziwnień i dodatków. O co mi chodzi? O oczy mi chodzi!
Wzrok rozbiegany, czujnie obserwował otoczenie, rejestrował każdą zmianę- nagłą lub nie spieszącą się. Patrzyła i czekała. Analizowała, przetwarzała, zapamiętywała i odkładała na potem- może się przyda, pamięć wszak jest pojemna.
Ale to nie wszystko! O, nie!
Chodzi tu o sposób, w jaki patrzyła. Wielu ludzi patrzy na Ciebie w autobusie, tramwaju. Są różne sposoby patrzenia: ciekawski, nachalny, uroczy, sympatyczny, troskliwy. Ile chcecie i ile jesteście w stanie wymyślić. Ona patrzyła na ludzi w zawistny sposób i podszyte to wszystko było jakąś zazdrością i chorą ciekawością o losy obcych jej osób. Tak, jakby zastanawiała się, jak im jest na świecie- dobrze czy źle; gorzej czy lepiej niż jej.
Nawet przez chwilę przestraszyłam się jej. Bardzo dziwne to było. Nie wierzysz? Poczekaj. Gdy pewnego razu, usiądziesz naprzeciwko tego typu osobnika, przypomnisz sobie o mnie. I będzie mi bardzo miło, że ktoś o mnie myśli….

Ja, tymczasem, nawiązałam znajomość w autobusie. Miły (z wyglądu, niewiadomo co mu w duszy siedzi- zawsze bądź czujny!) ostatnio mnie pozdrowił i życzył miłego dnia. Codziennie rano, przejeżdżamy razem jeden przystanek. W dzisiejszych czasach to rzadkość- taka uprzejmość. Bezinteresowna, rzecz jasna. Dzisiaj też się przywitaliśmy. Autobus przestał być szarą masą ludzi zmierzających do znienawidzonej pracy..

Poznałam tez innego pana. Ale wolałabym go nie spotkać w swym życiu, już nigdy więcej!

Jadąc z pracy, do pracy, zawsze ucinam sobie małą drzemkę, pomiędzy Chorzowem a Rudą Śląską. Zawsze też, otwieram oczy, mniej więcej dwa przystanki wcześniej aniżeli jest mój własny. Otworzyłam oczy i nagle, w ogóle się tego nie spodziewałam, nachyla się nade mną, po spożyciu, na oko, sądzę, dwóch piw i mówi:
- Nie śpij, bo Cię [jakie „Ty”. Czy my jesteśmy po imieniu??] okradną.
-Nie śpię [ no naprawdę nie śpię- w końcu patrzyłam na niego przytomnie, choć wolałabym nie]
Chwilę później:
[Miałam słuchawki w uszach, słabo go słyszałam, coś tam mówił…dziękowałam w duchu za mp3; lalalalal, choć wiem, że powtórzył kilka razy „nie śpij, bo Cię okradną- „Głupia nie jestem, zrozumiałam za pierwszym razem” :P]

Gdy, za kilka minut, zaczęłam zbierać się do wyjścia, on nagle pochyla się [znowu!!], niczym Golum lub Zgredek [ludzka szyja jest taka giętka [?!?!?!] i mówi, prawie krzyczy:
- Mieszkasz na Frynie!! (dzielnica, gdzie wysiadałam)
- Nie, nie mieszkam [„co go to zresztą obchodzi”- myślę zrezygnowana. „Widać głód wiedzy Polaków jest ogromny”]
- Ijeeee- woła dalej nachylony- gdybym Cię nie obudził, przegapiłabyś przystanek!!!! [Że niby co? Czy ja spałam? :D]

Coś tam jeszcze mówił, ale pospiesznie wyszłam z autobusu, rezygnując z tłumaczenia mu, iż ja nie spałam!! Ech..

A może tylko mi się to śniło? :D

środa, 9 lipca 2008

Uwaga! Prawda! Ci, którzy chcą żyć w kłamstwie, proszeni są o zamknięcie okna!

Wróciłam do domu wczesnym wieczorem, tuż po spotkaniu z Ewą i od razu zauważyłam (cóż za bystre oko) gościa w mieszkaniu.
Ów gość okazał się przemiłym panem, który rozwiązał tajemnicę farbowania ubrań w praniu.
Winowajcą nie jestem ja! Ha! Ha! Ani jakieś urządzenia, które te pan sprawdzał. Winą jest zanieczyszczona pompa, w której była kredka i dwa kawałki szkła. Skąd się to tam wzięło? No cóż…podejrzenia padły….na mnie, rzecz jasna. Ale broniłam się, nieśmiertelnym już, „to nie moja wina”, „to nie ja”, „niech mama tak na mnie nie patrzy”, „no jak zwykle moja wina, dobrze, że mnie macie, zawsze możecie na kogoś zrzucić winę”..
Tak mówiłam, ale po krótkim namyśle stwierdzam, iż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż należy obecność kredki w pompie przypisać mnie….o szkle naprawdę nic nie wiem. Ale kredka….
To już się więcej nie powtórzy!!
Obiecuję!


Słyszałam dzisiaj w radio piosenkę. Jedno zdanie przykuło moją uwagę, bardziej niż reszta, która zlała się w jedną całość.
„Gdzieś odnajdziemy kogoś, kto odkryje całą prawdę w nas”
Tak, nie dziwię się, że nie wiecie, któż tą prawdę nam obwieścił. Oświecę Was, Blue Cafe- „Niewiele mam”.

Wiemy, że ona (narratorka w piosence) niewiele ma. Nie dziwię się.

Po pierwsze, to prawie jak „Archiwum X”- gdzieś, coś, kiedyś….Albo program na Tvp1 „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Albo jak kociołek pełen złota, na końcu tęczy…Przykłady można mnożyć…Ja też mogę powiedzieć, że Polska kiedyś (gdzie to wiadomo- Europa Środkowo-Wschodnia) będzie krajem mlekiem i winem płynącym..
Takie stwierdzenia proszę zachować sobie dla dzieci i bajek, które cała Polska im czyta. „Dawno, dawno temu….”

No, kurcze, konkret proszę! A pseudo-filozofię i oznajmianie prawdy jedynie słusznej, proszę zachować dla siebie. I tylko siebie, bo dzieci nie powinno się tak krzywdzić. Nie tlyko zły dotyk boli przez całe życie..

A po drugie, to zdanie jest fałszywe. Nie ma czegoś takiego jak poznanie całej prawdy, a jeśli znacie kogoś takiego, to nazwisko proszę, chętnie sobie z nim pogawędzę!
Ludzie sami o sobie całej prawdy nie znają, a co dopiero inni. No ja Was proszę. Nie wierzycie? Zapytajcie Leszka Maleszko.
A to będzie „doskonałe pytanie”!

poniedziałek, 9 czerwca 2008

nadzieja


No i nie mogę tego nie skomentować.

Miał być Grunwald, a mamy Waterloo.

Pan, który pod mym oknem krzyczał "Polska biało-czerwoni" chyba nie cieszył się z wyniku.


Wygrał przemysł tekstylny i browary.

Zwycięzcom gratulujemy. Dobra strategia, dobrze wykorzystany moment.

Telewizja publiczna też powinna się cieszyć. Nie wydała milionów pieniędzy podatników na to, aby byli oni świadkami klęski własnego narodu. Oni by tego nie wytrzymali. Budżet zresztą też.


Sądzę, że przegrana bitwa wpłynie znacząco na przyszłe wybory. I na nic deklaracje Tuska i Merkel o przyjaźni. Podły Niemiec nie będzie bił nas w twarz! A my nie rzucim ziemi naszej kochanej, chociaż splamionej klęską...


I nagle flagi znikają z okien. Samochody marek różnorodnych- i francuskich, niemieckich, czeskich nie obwieszczają całemu światu, że są za Polską. Nawet deszcz w Londynie przestał padać na znak prostestu.


Do boju biało-czerwoni!! Na pewno wyjdziemy z grupy.

Nadzieja przecież umiera ostatnia.


piątek, 6 czerwca 2008

młodym być....

Może najpierw podsumujmy dzień wczorajszy.

Nikt sie do mnie nie zbliżył, czy to fizycznie, czy to mentalnie.
Nikt się nie uśmiechnął (oprócz młodego pana w empiku, ale to na pewno nie jest zasługą mdz. On chyba taki był/jest zawsze; taki życzliwy).
Nikt nie ustąpił miejsca w autobusie, tramwaju (sama musiałam, jak lwica, walczyć o zdrowie dla nóg i żył)

Słowem- dno! :D

Ale, gdy tak stałam sobie w tramwaju (zwycięstwo nie zawsze jest po naszej stronie), usłyszałam rozmowę studentów ( może czwartego bądź piątego roku):

Ona: Hmm no ja na pewno gdzieś idę. Pytanie tylko, gdzie.
On1: Podobno na Polach Marsowych i koło AKS-u będą telebimy. Tam na pewno będzie dużo ludzi i niezły klimat....
Ona: ...i rozróba. Jak są tłumy, to zawsze ktoś się pobije....Ja to sobie nie wyobrażam, żeby w ten dzień gdzieś nie pójść i się nie napić. Problemem może być egzamin w przyszłym tygodniu, ale jakoś dam radę
[ i nasz bohater, do tej pory milczący] On2: Nikt z młodych ludzi w poniedziałek nie zostanie w domu, w taki dzień!!

Z dalszego przebiegu rozmowy wnioskuję, że to w poniedziałek jest mecz Polska-Niemcy i ktoś się łudzi, że go wygramy....





Oświadczam, iż ja na ten mecz nie będę patrzeć! A do młodych ludzi się zaliczam. A temu 'młodemu człowiekowi' nie chciałam psuć wizji świata, więc nawet go nie uświadomiłam, że młodzi ludzie mają czasami jakieś inne plany i nie lubią brać udziału w zbiorowyh igrzyskach.

Nie powiem, kiedyś patrzyłam na jakiś mecz Polska-Niemcy i bardzo się tym ekscytowałam. I prawie płakałam, gdy- niespodzianka!!- przegraliśmy. I życzę polskiej drużynie wszystkiego najlepszego. Ale to jest troszkę smutne, gdy cały naród, razem z browarami, łączy się, żywiąc nadzieję, że wszystko się uda.
Smutne, bo to takie rzadkie.
Smutne, bo tak duża energia powstaje dla piłki nożnej.

Ale, dziś- jest piątek, czyli "tygodnia koniec i początek" :D
Miłego weekendu :)

czwartek, 5 czerwca 2008

zbliżmy się, czyli jak odstraszyć człowieka


5 czerwiec 2008

Może nie wiecie, ale jest to data znacząca, gdyż jest to dzień wyjątkowy.

Nie oznacza to wcale, iż tysiące Polaków nie wstało dzisiaj skoro świt i nie poszło do pracy, nie oznacza to, że hipermarkety sa pozamykane z powodu święta, na którego temat ludzie nie mają najmniejszej wiedzy i nawet potrzeby takowej świadomości. Nie zginęło też 10 osób w autokarze, nowe tsunami nie nawiedziło dalekich krain.

Uwaga!

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Zbliżenia. Przynajmniej w Katowicach.

Plakaty z 'manifestem" zawisły na tutejszych słupach i kioskach już kilka dni temu. Czytać mi się tego nie chciało, bo ani czasu nie miałam, a też dużo tekstu tam na ten papier wklepali.Ale wczoraj, podeszłam i przeczytałam. To, co ujrzałam, zdziwiło me oczy.

Po pierwsze, manifest to był lipcowy z 1944r. Były też manifesty poetów. Tego bym tak nie nazwała....

Po drugie, na logo mdz jest nazwa firma, która, być może to wszystko finansuje (żałość).

Po trzecie, zdjęcia zamieszczone na stronie mdz jako efekt tego dni (ludzie siedzieli obok siebie, objęci, usmiechnięci i w ogóle M jak Miłość), są zrobione na ławeczce, krzywej ławeczce, której siedzenie jest takie jakieś lustrzanie ukośne; spada do środka...tak jakby ludzie sami nie potrafili usiąść na środku ławki, blisko siebie....


Po co? Na co? To ja doprawdy nie wiem.

Wiem tylko tyle, że moja podróż autobusem do Katowic potrafi być zatrważająca z powodu zbliżenia współpasażerów do mojej bezpiecznej strefy..


Wadą takich dni jest ich ulotność.

Co z tego, że w Walentynki dostanę kwiatka (jednego?:P), jeśli dnia następnego dostanę, zamiast badylka, w twarz.

Co z tego, że dzisiaj ktoś się do mnie uśmiechnie, jeśli jutro już nawet na mnie nie spojrzy.


A tak poza tym, mało ludzi o tym wiem, a jeszcze mniej będzie poczuwało się do preprowadzenia akcji w swoim otoczeniu. I tym ostatnim gratuluję i życzę im wszystkiego najlepszego. Z całego serca.

Bo miłym trzeba być całe swe życie! A, co!


czwartek, 29 maja 2008

kilka słów nt. ważne

Godzina 6.59. Start autobusu z dworca. Wielkie szczęście- siedzę; juz nawet gazety nie chce mi się czytać. Po chwili już drzemię, ale świadomie- średnio co 6 minut sprawdzam gdzie jestem (co za czujność).

W Katowicach powoli dochodziłam do siebie.
Nagle... ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam biegnącego chłopca, może piętnastolatek, w ręku mocno trzymał teczkę sporych rozmiarów, na plecach, oczywiście, był plecak. Chłopiec ten biegł, ale na ten widok chciałam krzyknąć "Pomóżcie mu, on przecież nie dobiegnie!!". Młodzieniec ten nie biegnął, on biec tylko próbował. Żałość ogarnęła me zaspane serce. Tyle siły, tyle chęci, a jakie marne rezultaty. Prawie nie podnosiło to nóg, kolana nie podejmowały żadnego wysiłku, aby zgiąć się tak naprawdę, a nie tylko na niby. Prędkości dostrzec tam, porażającej, nie można było zaobserwować. Ale mina śmiałka, zderzającego się z brutalnością tego świata (to już chcieć, nie znaczy móc?) świadczyła o tym, że mu się spieszyło ( być może na przejście dla pieszych, przy którym zielone światło traciło swą barwę i wszelki zapał do bycia widocznym).


Kto jest winien temu wydarzeniu?

Sądzę, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Ile jest dzieci w Polsce, które nie potrafią biegać? Ile dzieci skrzywdzono tym, iż zawsze są o te kilka minut, może nawet sekund, spóźnione?

Ja Wam odpowiem- SYSTEM!! Cała szara sieć jest w to zaplątana!

To szkoła zatrudnia parszywych nauczycieli wychowania fizycznego, którzy są zbyt ociężali, aby czegoś dokonać w tych rozleniwionych przez konsumpcyjne życie, gry komputerowe, młodych umysłach!
To szkoła zezwala ( w zasadzie nie ma inego wyjścia) na tolerowanie fałszywych zaświadczeń lekarskich o niezdolności do ćwiczeń na lekcji wf ( lekarzom damy spokój) .
To społeczeństwo patrzy obojętnym wzrokiem na te wszystkie patologie i rozkładający się, na naszych oczach, przyzwoity poziom zdrowego rozsądku.

Co jest konsekwencją tego stanu?

Spóźnione dzieci, a potem dorośli. Dorośli pracują niepełne 8 godzin- traci firma, traci pracownik, któremu obniżona jest pensja. Małżonek i dzieci nie mają na swoje przyjemności. Wywierają presję na naszym biednym spóźnialskim, który stresuje się i popada w depresję- zuskuje przemysł farmaceutyczny i lekarze (którzy być może zapoczątkowali ten bałagan).
Dzieci pozbawione są jedynej broni przed huliganami. Pozbawione są szybkich nóg! Juz nie mogą uciec przed bandziorami kryjących się w ciemnych uliczkach naszych, jakże bezpiecznych, miast. Tzn. mogą uciekać, ale będzie to czynność nieskuteczna i pozbawiona sensu.
Nawet nie chce mi się mysleć nad innymi konsekwencjami tego wszystkiego.
Jest 9.21, cały dzień przede mną, a w nim wiele kolorowych myśli.


Poza tym, to ja biegać nie potrafię. Nie wiem jak to się stało. Dlatego NIE BIEGAM! I liczę na spóźnione autobusy, które jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, zawsze przywożą mnie do celu o dobrej godzinie :)