czwartek, 24 września 2009

william butler yeats

Kocham Irlandię. Naprawdę. Miłość to wielka i aż po grób. Co za tym idzie, kocham wszystko co irlandzkie- zielone wzgórza w Irlandii, skrzatów, oczywiście z kociołkami pełnymi złota, kocham drużynę reprezentacji w piłce nożnej, a szczególnie jednego piłkarza, którego numeru z koszulki zapomniałam, więc nawet nie wiem, jak się nazywa ;) Kocham też poetów. A zasadniczo jednego poetę. Poznajcie- Williama Butler Yeats i jego wiersz, bo przecież po czynach ich poznacie:

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy,
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.


Prawda, że piękny? A naprawdę cudne są dwa ostatnie wersy. Tylko szeptem proszę!!
Ponieważ w każdym związku muszą być jakieś rysy, muszę się przyznać, że nie podoba mi się irlandzkie „NIE” dla Traktatu Lizbońskiego. Ha! Nic nie jest doskonałe…

czwartek, 30 lipca 2009

starsza pani i chłopczyk

Zmysły czasami pozbawiają nas złudzeń. Prawda to o tyle logiczna, co zgodna ze stanem faktycznym.
Zapytanie: „Skąd wypływają takie mądrości?”. Cóż…z doświadczenia.

Jadę sobie autobusem. Korzystam z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Słuchawki w uszach skutecznie blokują dopływ jakichkolwiek dźwięków z zewnątrz. I, oto widzę, niepełnoletnią mamusię z synem. Ona- krótki opis postaci: zielone paznokcie u stóp, różowy top z dużym dekoltem, żółty stanik, widoczny, rzecz jasna, spod topu… Skóra zniszczona przez słońce, a może raczej przez brak kremu? Dermatolodzy ciągle się o to spierają. Szkoda, że nikt ich nie słucha…Wszyscy mają słuchawki w uszach?

Chłopczyk, na oko 3-4 lata, zadbany, nos spalony podobnie jak cała twarz matki….Mamusia puściła go wolno, usiadł na innym siedzeniu aniżeli opisywana przez nas rodzicielka.
Przystanek. Do autobusu wchodzi starsza pani, ubrana cała na biało- żakiet, sukienka, skarpetki, buty. Włosy też miała białe.
Podchodzi do siedzenia chłopca, na sąsiednim krześle stawia siatki pełne zakupów. Daje chłopcu gumy do żucia. Chłopczyk spojrzał na mamę. Ta, kiwnęła głową. Dziecko gumę przyjęło. Po chwili dostało także tic-taki ;) Nie widział, co zrobić z taką radością. Zaczął żuć gumę, wciskać do ust drażetki… Starsza pani zaczęła rozmawiać z mamusią. Ta, nie chodziła w dyskusję- kiwała, jak zwykle, głową…
Sielankowy obrazek. Obca kobieta dzieli się łakociami z dzieckiem pod czujnym (czy, aby na pewno?) okiem matki. Świetnie. I trzeba była na tym poprzestać. Ale nie….
Zdenerwował mnie fakt braku aktywnej postawy matki wobec kobiety, która nie musiała być miła wobec ślicznego chłopca. Mogła się przemóc i pogawędzić o niczym. Mogła? Mogła, z pewnością ;) Nastawiłam się przeciwko niej już przez sam jej wygląd. A potem już jakoś poszło… Z górki. Okazało się bowiem, że kobieta opowiadała o swojej nieszczęśliwej miłości i nie chodziło jej o dialog. Szczęśliwa, iż może komukolwiek opowiedzieć dawną historię, która wciąż trapi jej serce, mówiła, mówiła i mówiła. Wchodzenie w rozmowę z nią nie dałoby żadnego efektu. Młoda matka niechcący słusznie zrobiła ( niestety dla tej historii, gdyż bez jednoznacznego winnego, historia nie jest domknięta). Starsza pani potrzebowała słuchacza i dzięki słodyczom kupionym na chwilę przed wejściem do autobusu, podzieliła się swoim smutkiem, żalem, niespełnionymi nadziejami z posiadaczką zielonych paznokci u stóp, która, jak mniemam, nie wyniosła z tego wydarzenia żadnych wniosków…

To wszystko nie miałoby miejsca, gdybym nie zdjęła słuchawek. Historia z autobusu miałaby inny przebieg.
Gdy staniecie przed dylematem- zdejmować słuchawki, czy też nie- zastanówcie się.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Gosia na włościach cz.1

Mieszkanie samemu ma swoje plusy. Ma także minusy- jak to w życiu. Od trzech dni mieszkam sama, oto moje obserwacje jakie poczyniłam, gdy rodzice wyjechali na wczasy.

Wizyty w sklepach spożywczych przerażają. Kupowanie tego, co KONIECZNE od tego, na co się ma ochotę czyni spustoszenie w portfelu.

Gotowanie i zmywanie po posiłkach stało się czystą przyjemnością. Jesz, co chcesz. Zmywasz kiedy chcesz. Gotujesz dla jednej osoby (mniej czasu na przygotowanie posiłków, mniej naczyń do umycia).

Słuchasz muzyki tak głośno, jak tylko chcesz.

Możesz mówić do siebie bez obawy, że troskliwa rodzina skieruje Cię na badania psychiatryczne.


Wychodzenie z domu trwa dwa razy dłużej. Trzeba sprawdzić, czy wszystko co ma być zamknięte- jest zamknięte, czy woda z kranu nie cieknie, czy żelazko wyłączone…

Mieszkanie samemu kształtuje postawy proekologiczne. Wiecie, ile człowiek jest w stanie wytworzyć śmieci? Dużo…Gdy inny członek rodziny regularnie wyrzuca śmieci, ta ilość nie rzuca się tak w oczy…

Mieszkam sama. Prawie całe dnie mnie nie ma w domu. Nie brudzę. Nie jestem w dwóch pokojach jednocześnie. Zazwyczaj korzystam z jednego, ciągle tego samego. To powiedzcie mi, czemu jest brudno? Kurz, kurz, wszędzie kurz. Nie będę ciągle latać ze szmatką. Teraz dochodzę do wniosku, że moje wymarzone mieszkanie z trzema pokojami to chyba nie jest dobry pomysł… Nie jestem leniwa, ale świat jest tak urządzony, że skoro jest skutek, to musi być przyczyna. Jest brudno, a być nie powinno. I gdzie tu logika?;)

Kanarek też człowiek, musi jeść ;)

piątek, 29 maja 2009

humor w pracy

Z pracy.

Po szkoleniu dot. ochrony przeciwpożarowej, wolno wchodzimy po schodach, aby wrócić do swoich zajęć, gdy nagle koleżanka mówi:
- Szybciej, szybciej…
Na to odpowiadam:
- A, co? Pali się?

Śmieszne, nie?

czwartek, 28 maja 2009

wybory do PE

Nagle jasne stało się, czemu Polska nie osiągnęła pozycji międzynarodowego gracza, o pozycji którego tak bardzo marzyła. Przed wstąpieniem Polski do UE mówiło się, iż Warszawa będzie nieformalnym przedstawicielem interesów państw Europy Środkowo-Wschodniej. Potem, mieliśmy zostać adwokatem Ukrainy i pomóc jej w drodze do Unii. Te i inne plany roztrzaskały się o mur nie do przebicia, a my- czyli Polska, po kilku latach, znowu zamierzamy być zamiast po prostu być…

Przypominam to nie bez powodu. Proszę Państwa, oto zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego i kampania w toku. Ale nie byle jaka- bo nie (!)merytoryczna.
Platforma Obywatelska będąc w Europejskiej Partii Ludowej- najsilniejszej frakcji w PE, ma pewne mocne argumenty w ręku- EPL-ED to spora siła, która w PE coś znaczy.
Wydaje się, iż każdy powinien się z tego faktu cieszyć. Wszak to dobra nowina dla Narodu. EPL-ED jest frakcją rozpoznawalną, cenioną i dobrze, że w takiej grupie znajduje się gros Polaków. PiS należy do Unii na rzecz Europy Narodów, która jest bodajże 4 siłą w PE. PO w tej kampanii nawołuje zatem, by zagłosować właśnie na partię Tuska, by mieć pewność, iż głos nie zostanie zmarnowany i nie zasili konta słabych, mniejszych frakcji.

Pan Kaczyński stwierdził, że PO okaże się nielojalne w stosunku do Narodu (do nas), jeśli nie opuści szeregów EPL (stało się to po wystąpieniu niemieckich chadeków dot. uznania wypędzeń za złe). Równocześnie proponuje utworzenie razem z PiS i brytyjskimi konserwatystami nowej frakcji w PE. Kusząca propozycja?
Skąd pewność, że nie przeniosą swoich sporów do PE? Skąd pewność, iż będą razem współpracować dla dobra Europy i nie będą wykorzystywać nieporozumień (tak jedna, jak i druga strona), aby coś ugrać na polskiej scenie politycznej?
Sama propozycja mnie nie zaskoczyła. Proponować zawsze wolno i warto, bo to otwiera pole do wymiany stanowisk i rozmowy (czasami się zdarza wręcz odwrotnie, pech).
Oniemiałam na dźwięk słowa „nielojalność”. Nielojalnym to byłby D.Tusk, gdyby na propozycję przystanął i ugiął się pod naporem PiS, który z braku innych możliwości znowu budzi niemieckie demony i straszy Niemcem. Kto w tym momencie jest nielojalny?

Nieważne, co myślicie.
Idźcie na wybory 7 czerwca.
By pokazać, że w Unii Europejskiej nie znaleźliśmy się przez przypadek.
Że jesteśmy w UE nie tylko po to, by czerpać pieniądze z funduszy unijnych, ale także po to, aby ją tworzyć.
By po 5 latach członkostwa udowodnić sobie i innym, że jesteśmy w UE, bo chcemy i, że jesteśmy świadomi Europy.
Idź na wybory, by przestać zmierzać do czegoś, ale w końcu to osiągnąć.
Polak potrafi. Oby 7 czerwca o tym nie zapomniał.

piątek, 17 kwietnia 2009

kawaaaaaaaa

Spełniłam swoje marzenie. Wczoraj był piękny dzień. Zajrzałam do Coffee Heaven i przepadłam. Kupiłam pyszną kawę. Nie jakąś zwykłą kawę. Tak dobrej kawy to ja jeszcze w swym krótkim życiu nie piłam, a do tego, co jest najważniejsze- była ona na wynos. Tak, tak- kawa na wynos była moim marzeniem.
Kupiłam kawę, po czym poszłam na tramwaj na katowickie rondo. Zawsze mnie ta fontanna denerwowała. No bo jak to- próbują człowiekowi wmówić, że tak oto na samym środku skrzyżowania, w centrum wojewódzkiego miasta może być przyjemnie… Tu trawka, tu bryza opadająca na twarz co otrzeźwia zmysły. Bujda! Tu jest przystanek tramwajowy i tu człowiek albo się spieszy gdzieś, albo się już spóźnia, albo marznie, albo go nogi bolą. Innych możliwości nie ma. Koniec. Kropka.
Ale wczoraj…
To rondo okazało się być oazą spokoju!! No nie wierzę w to co piszę! Słoneczko świeciło, delikatnie raziło ( o tych, co noszą okulary przeciwsłoneczne będzie potem)…Szum wody słyszałam, samochodów prawie wcale…Piłam tą kawę i świat wydał mi się lepszy. A potem, to nawet do domu poszłam spacerkiem (20 minut)…

To takie proste- kubek kawy i dobry humor pojawia się już przy pierwszym łyku!!

Ale jak zwykle- jest ale… Kubek tej pysznej kawy to ubytek 11 złotych w moich oszczędnościach… Zatem, codziennie dobrego humoru można nie mieć ;)

wtorek, 14 kwietnia 2009

o niepotrzebnych słowach

Tak. Trochę podgoniłam. Wracając do postu z 31 marca, opisałam historię z pocztą, o chrzcinach też wspomniałam…o tej nadziei nie zamierzam mówić, bo już jakoś tak emocje ostygły…przerabiałam ten stan wielokrotnie i mogę z całą pewnością stwierdzić, że w przyszłości taki nagły zwrot akcji nastąpi, a wtedy, być może, opowiem jakie to serce bywa zdradliwe i głupie ;) Dziś się wszystko uspokoiło.

Pora na punkt 4. Pora na kilka słów o przyjaźni.

Czamataja nie lubi używać tego słowa. Niektórych to dziwi (np. Ktoś) Wychodzę z założenia, iż przyjaciele wiedzą, że nimi są. Nie wynika to z nazewnictwa, ale z faktów. Fakty mówią same za siebie. Jeśli mam potrzebę zadzwonienia do Ciebie, to robię to bez wahania. Jeśli cały świat wali mi się na głowę, to mówię Ci o tym. Nie przedstawiam Ciebie także jako mojego przyjaciela- po prostu, imię wystarczy, ewentualnie, opis czym się zajmujesz. Samo słowo z trudnością przechodzi mi przez gardło. Nie mam pojęcia dlaczego. Tak jest.

Nawet nie muszę z Tobą rozmawiać, utrzymywać stałego kontaktu żeby mieć 100% pewność, iż w razie potrzeby możesz liczyć na moją pomoc. Czy pomimo tego, można to nazwać pą? Co mnie to obchodzi.

Nazwy się nie liczą. Owoc nie będzie lepiej smakował, jeśli stwierdzimy rzecz oczywistą, że jemy arbuza. A król pozostanie nagi…

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

chrzciny, jak nie pisać ;)

Jestem wam jeszcze winna opowieść o chrzcinach mojej najmłodszej siostrzenicy. Nie będę opowiadać o obrzędzie, tylko o tym, co było później, czyli o imprezie (czyt. obiad, deser, sami wiecie). W zasadzie o tym też nie będę się rozpisywać. Nie wiem, co chciałam napisać. Chyba czas kończyć tą żenadę ;) Coś o dzieciach miało być, ale nastroju nie mam, czasami tak bywa….
See you!

niedziela, 12 kwietnia 2009

poczta i zmysł obserwacji

Od dziecka słyszałam, że za komuny było lepiej….Zewsząd padały porównania, jak to dzisiaj jest źle i jak wtedy było lepiej- może nie dobrze, ale lepiej, inaczej. Jestem przekonana, że Ty także o tym słyszałeś. Zawsze wydawało się mi się to irracjonalne i bardzo- emocjonalne. Nie żyłam w poprzednim systemie, ale czując jego oddech na plecach wiedziałam, że ja dziękuję, ale żyć wtedy bym nie chciała i byłam wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
Obserwowanie zmiany, bo teraz mi o to chodzi, która nastała, byłoby ciekawym przeżyciem, ale czy bym to zauważyła? Czy bym tego doświadczyła? Obudziłabym się tuż po zmianie systemu i stwierdziłabym, że tak, jestem szczęściarą, bo na moich oczach dokonała się historyczna zmiana? Ba, wszyscy o tym mówili, ale czy tak naprawdę to czuli? W każdej komórce swego ciała, czy byli świadomi następstw, konsekwencji? Czy byli podnieceni samą myślą o tym, podekscytowani tym, co jutro może przynieść dzień? O historii łatwo mówić, ale czy równie łatwo ją przeżywać? Tego bym się bała. Że coś przemknie tuż obok mnie, a ja tego nie zauważę. Pewnie dlatego los mi oszczędził takiego rozczarowania…
No, więc mamy tą komunę. Dziwi fakt, że nawet moi rówieśnicy odwołują się do tamtych czasów w sposób, który by sugerował, że tam byli, żyli i oddychali tamtym powietrzem… Narzekają na kolejki, na obsługę i na mentalność innych ludzi. Cóż… mnie też to dotknęło.
Na poczcie.
Wydawałoby się, że to jest proste. Przyszłam, chcę wysłać list, potrzebuję blankietu nadania listu za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nie jest nigdzie wystawiony, więc udaję się do okienka. Czekam w kolejce. Kolejka się wydłuża. Gaśnie prąd i panie urzędniczki wpadają w popłoch…Ciemno, słychać tylko poirytowany oddech ludzi za mną. Znacie to. Nagle ludzie wzdychają, tupią, ech ach, och. Nerwowo zerkają na zegarek. Dostaję bankiet dot. nadania przesyłki poleconej i urzędniczka wychodzi… Pani za mną ze zrozumieniem mówi, że jeszcze powinnam wziąć taki żółty (zwrotne potwierdzenie otrzymania listu), bo jeśli go teraz nie wezmę, to będę musiała jeszcze raz w tej kolejce stać i to dwa razy więcej czasu zajmie…No jasne, tylko, że ja potrzebuję pomarańczowy (bo za granicę ten list wysyłam). Dziękuję za informację i czekam na ten blankiet (ile to czasu może zajmować!). Pani wraca, podaje mi go i ja, grzecznie, choć z grzesznymi myślami, wychodzę z kolejki. Gdy do niej wracam, dalej jest długa…Dziewczyna przede mną ma do odbioru paczkę.
Dziewczyna (D): Dzień dobry [podaje kwit Urzędniczce (U)]
U: [wyciąga rękę po kwit, wychodzi]
…..
U:[ podaje D kartkę do podpisu, wskazuje miejsce, gdzie ma się podpisać]
D: Mogę długopis?
U:[podaje długopis]
D:[podpisuje, oddaje długopis]
D: Dziękuję
U:[podaje paczkę]
D: do widzenia

Jak zauważyliście, U nie odzywa się w ogóle. Skonsternowana, gdy przyszła moja kolej, nie wiedziałam jaką rolę mam odegrać. Czy odzywać się i silić się na grzeczność, czy też zagrać w jej grę i udać, że język polski to trudny język, więc po co w ogóle go używać. Resztkami sił, odezwałam się. Standardowo- proszę, dziękuję, do widzenia.
Ale tak naprawdę, to mam to wszystko w dupie. Urząd żywcem wzięty z czasów komuny. Jesteśmy ludźmi i trochę kultury, no naprawdę szczyptę, odrobinę, by się przydało. Urząd przyjazny ludziom?
Ja rozumiem, że ludzie po drugiej stronie są zmęczeni. Zestresowani, bo prądu zabrakło. Ale czy to jest powód? Tak bezosobowo? Tak bezpciowo? Bez smaku i koloru?

czas goni nas

Święta. Czas dla rodziny…Porad nadrobić zaległości!
Nie lubię mieć zaległości. Coś do zrobienia, co kiedyś odłożyłam na półkę, a teraz jest przygniecione przez zalegający kurz. Nawet tu, w tym miejscu, mam coś, co powinnam była dawno zrobić, napisać. Co miało być dla mnie przyjemnością, a teraz jest obowiązkiem, ciężarem, z którym podróżuję przez me dni. Odzyskam lekkość, spokój ducha, gdy nadrobię zaległości, o zgrozo! Przykre, kiedy rzeczy przestają być nam posłuszne i zaczynają żyć własnym życiem.. To chyba tak samo jest z dziećmi.
Winnym jest czas- bo przecież nie ja. Czas, a raczej jego brak. Zdałam sobie sprawę, że życie podporządkowane jest upływającemu czasowi. Patrząc na zegarek budzę się i zasypiam. Potrafię stwierdzić, ile minut zajmuje mi dojście do przystanku, spożyciu posiłku. Wychodząc na spotkanie prognozuję, ile będzie trwało, by wiedzieć, ile będę mieć minut po przyjściu do domu, aby coś tam jeszcze zrobić przed zaśnięciem. Wszystko to robię albo mimowolnie, albo z pełną świadomością. Jestem ograniczona i należy się do tego przyznać. Ogranicza mnie coś, co ograniczone powinno nie być. Czas. W mniej cywilizowanych (czy, aby na pewno?) społecznościach człowiek nie jest uzależniony od mijających sekund. Wstaniesz, to zjesz. Zrobi się ciemno, to pójdziesz spać. Nie trzeba się przejmować, że zaśpisz do pracy, jeśli w miarę wcześnie się nie położysz… Że musisz szybciej wrócić do domu, żeby zrobić projekt, napisać list, iść na zakupy….Przecież dzień tak szybko się kończy, a Ty masz tyle obowiązków i punktów do odhaczenia na liście…
Nic dziwnego, że tacy zestresowani jesteśmy. Ty nie? Ale na pewno ja ;)

wtorek, 31 marca 2009

ogłoszenie

No tak, ostatnio dużo się dzieje, a może raczej do głosu doszły czynności skrupulatnie przeze mnie odkładane, które odkładane dłużej być nie mogą. I krzyczą, i zapomnieć o sobie nie dają...

Wzięłam sobie dziś urlop na żądanie (cudowny zapis w KP, pokłony dla ustawodawcy) z myślą o tym, aby jednak trochę podgonić w pisaniu pracy magisterskiej.

Na razie jest 9.40, a ja od 40 minut powinnam pisać (jest plan!! mam plan!!). Skoro powinnam to piszę, a to że na blogu...nikt nie precyzował ;)
Rzadko piszę notki u siebie w domu, więc miło mnie zaskoczyło, iż mój komputer nie zmienia/ nie usuwa żadnych literek, całych słów. Bardzo to miłe, nie muszę rozpraszać swoje uwagi.

Uwaga, uwaga!

W poczekalni do napisania w dalszym ciągu pozostają:
1. Zatrważająca historia o tym, jak to czamataja poszła na pocztę wysłać 2 (słownie:dwa) listy...
2. O tym, co się dzieje na chrzcinach i czemu były w to zaangażowane dzieci...
3. Opowieści z krypty, czyli płomyk nadziei wpadł przez okno, ale Iwona go zgasiła...
4. Kilka słów o przyjaźni (słowo nigdy nieużywane przez czamataję)

I wiele wiele innych. W piątek za tydzień nastąpi wielkie otwarcie. Poczekajcie, a żałować nie będziecie ;)

Jest 9.46. Pójdę zrobić sobie herbatki. Przy dźwiękach chillout and lounge a nuż stworzę jeden rozdział ;) A właśnie...

5. Obsługa sieci Empik, czyli o tym jak to czamataja została potraktowana i czego najbardziej się boi ;)

także, pozdrawiam miło i czule ;)

ps. mówienie o sobie w 3 osobie jest strasznie fajne !!

piątek, 6 marca 2009

8 marca tuż tuż ;)

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie, że coś tam, coś tam ;)

Czekając na tramwaj dostrzegłam dwóch chłopców, którzy od kwiaciarki kupowali kilkanaście tulipanów. Widok ten był obezwładniający mnie od czubka głowy do końca małego paluszka u stopy. Czyżby Dzień Kobiet? Powoli dochodziłam do oczywistej oczywistości. Jest 6 marca. Dzień Kobiet w niedzielę ;) Porażona swoim odkryciem obserwowałam chłopaków (może gimnazjum). Jeden trzymał naręcze badylków i gdy kwiaciarka wymieniła cenę spojrzał się na swojego towarzysza a ten wyciągnął 100zł (sic!). Gimnazjalista był w posiadaniu banknotu 100-złotowego. No nie wierzę ! Koledzy w liceum (dobrodziejstwa gimnazjum na szczęście mnie ominęły) kupowali tulipanki, ale zbiórka tych pieniędzy wyglądała komicznie i uroczo zarazem. Na przerwie każdy z nich z kieszeni wysupływał złotówki, na dłoni liczyli, czy aby starczy…Dwóch wybiegało z monetami w czasie przerwy do kwiaciarni i na początku lekcji wchodzili i wtedy następowała cała ta szopka.
A teraz!
100zł. Przed lekcjami. Wszystko zaplanowane. FUJ!

Były szef przysłał życzenia. Pozwolę je sobie tutaj przytoczyć. Naprawdę się wzruszyłam. On czuje się zaszczycony... :)


Szanowne Koleżanki , Drogie Panie.

Z okazji zbliżającego się Międzynarodowego Dnia Kobiet pragnę złożyć Wam serdeczne życzenia.
Pozwólcie ,że w tym miejscu przytoczę słowa naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II „dziękuję Ci Kobieto,
za to ,że jesteś Kobietą! Zdolnością postrzegania , cechującą Twą kobiecość wzbogacasz właściwe zrozumienie świata
i dajesz wkład w pełną prawdę o związkach między ludźmi.”
Życzę wszystkim Paniom dużo zdrowia, wiary niezłomnej we własne możliwości, szczęścia oraz
wszelkiej pomyślności w życiu osobistym i zawodowym.
Niech każdy dzień pozwoli Wam realizować się w wymarzonym przez siebie wymiarze ,czuję się zaszczycony ,
że mogłem z Wami pracować.


Z wyrazami szacunku

Szacunek, zaszczyt, cukierki, ciasteczka!

poniedziałek, 2 marca 2009

bez komentarza

Zgubiłam plan pracy.
Tylko bez paniki...


UPDATE: Cudownie odzyskany plan bezpiecznie leży na mym biurku ;) Ufff
Teraz tak na niego patrzę i zachodzę w głowę, kto go pisał i czemu ja takie rzeczy tam wymyliłam ;)
A póki co- terminy, terminy, terminy.

piątek, 27 lutego 2009

serce moje

Serce Europy i ja. Do dziś nie mogę w to uwierzyć -że to było, że to się przydarzyło.
Bruksela.

Wyleciałyśmy we wtorek, by w czwartek wieczorem jeść już obiad w domu. Być może dłuższy wyjazd sensu nie miałby w ogóle.
Zobaczyłam połowę Brukseli (oczywiście tą lepszą), dostrzegłam różnice, podobieństwa, możliwości. Postanowiłam sobie to i owo. Poznałam wielu, ciekawych ludzi z całej Europy. Nabrałam dystansu, odświeżyłam umysł. Wróciłam do domu.
Konferencja była ciekawa. Wymieniliśmy doświadczenia, pokrzepiliśmy swe serca, że niedługo u nas też tak będzie jak w Wielkiej Brytanii.
A po konferencji…

Ludzie tacy otwarci, uliczki w centrum miasta urzekające… Wszyscy się uśmiechają do siebie nawzajem. W Polsce takie zachowanie wydaje się być nieuzasadnione. A szkoda. Może później ;)

Nie zrozumcie mnie źle. Miasto jak każde inne. Jego obrzeża równie brzydkie i czasami tak samo zaniedbane jak choćby bytomskie czy katowickie.
Ale czuć różnicę. Ja czułam. No i ten francuski na ulicy. Nie mogłam przestać słuchać.

W autobusie z Pyrzowic do Bytomia poznałyśmy jakże miłego pana. Okazało się, że mieszka w Brukseli już od 30 lat, skończył tam ASP i teraz udziela prywatnych lekcji rysunku. Rozmowa z nim była pouczająca. Opowiadał o sytuacji pomiędzy Walonami i Flamandami. O postrzeganiu Polaków w Belgii. Dał numer telefonu taksówkarza- Polaka, mgr historii, który z przyjemnością się nami zaopiekuje, gdy będziemy potrzebować pomocy w Brukseli.


Powiem z wrodzoną skromnością, że byłam prawie jak Tokarczuk w powieści Bieguni ;)
Notowałam wszystko w pamięci, każdy szczegół, każde odbicie światła, każdą nierówność chodnika. Gesty, sposoby mówienia.
A rozmowy w kawiarniach? Cóż. Najprawdopodobniej te same tematy poruszają Polacy. Ale i tak wydawały mi się one bardziej kulturalne, uwznioślone, o polityce, kulturze, zjawiskach społecznych.

Z wyprawy przywiozłam ze sobą książki. Gazety. Teraz będę czytać i szybko powtarzać francuski.

Nie wiesz, dokąd zaprowadzi Cię jutro Twój los.

czwartek, 19 lutego 2009

kwaśno

Wczoraj brakło mi tchu. Nie sądziłam, że kiedyś się to przytrafi. Byłam pewna, że znam siebie, a okazało się, iż jestem zwykłą asekurantką. Smutne, bo prawdziwe.

A do czego zmierzam?

Pokłóciłam się z klientką naszego biura. Powiedziałam, iż nie jesteśmy w stanie już jej przyjąć, bo zaraz zamykamy. Nieopisanie jest mi przykro, niech przyjdzie następnego dnia i takie tam. Bo wiecie- pracujemy do określonej godziny (wisi informacja), ale z drugiej strony, ona ma problem, zwróciła się do nas o pomoc, jesteśmy jej potrzebni, długo czekała, a i odeszła z kwitkiem. Z tych powodów nie mogłam być niemiła, chciałam być delikatna.
Ona wyglądała niegroźnie, toteż poinformowanie jej o tym, iż może sobie już pójść wydawało się łatwizną. Przeliczyłam się. Zaczęła krzyczeć. Obwiniać. Po chwili już się nawet nie uśmiechała.

Przyjdzie następnego dnia.
Pomożemy jej.
Niesmak pozostał.
Po czym?

Ja jej uległam, ja się poddałam. Zmiękłam. Mogłam w pewnym momencie być bezczelna, złośliwa ocierając się nawet o niegrzeczność (ona taka była). Ale nie zrobiłam tego. Dlaczego? Przecież to potrafię, lata praktyki za mną. Co mnie powstrzymało?
Nie znałam jej, była dla mnie obca osobą. I tu chyba pies pogrzebany, Łatwiej jest wypowiadać słowa pełne agresji, ironii w rozmowie z kimś, kto wiemy jak zareaguje, z kimś, z kim nie jesteśmy w relacji służbowej.
Sądziłam, że ja zawsze potrafię.

Ideał sięgnął bruku.

środa, 18 lutego 2009

Pszczoły gadanie

Spotkanie z Pszczołą odbyło się w iście szampańskim nastroju.
Do czasu… Moje chodzące sumienie (to już drugie, po Ive, - coraz ich więcej, czemu?) zwróciło mi uwagę, że zaniedbuję Madame i Dużą. Podobno te narzekają, iż ja nie mam dla nich czasu, bo ciągle pracuję. Faktu, iż z Pszczołą mam czas się spotkać, nie komentują- przynajmniej nie w towarzystwie.
Nie lubię być do czegoś zmuszana. Oczywiście, chętnie się z nimi spotkam. Rozmowa z nimi sprawi mi wielką przyjemność. Z pewnością umówiłabym się z nimi wkrótce. Tylko, że …w dogodnym terminie. A w tej chwili, czuję się do tego przymuszana! Ktoś czegoś ode mnie oczekuje i ja powinnam na to jakoś odpowiedzieć (wiadomo już jak). Od razu przypomina mi się Ive z jej życiową filozofią…
Czy czyni to ze mnie potwora? Nie powinno ;)
Jakieś priorytety trzeba mieć. A mając w zasadzie tylko trzy wolne popołudnia w tygodniu, trzeba dokonywać wyboru. Trudnych wyborów ;) Szanować czas i mierzyć siły na zamiary. Ponadto, potrzebuję, aby od czasu do czasu skupić się na sobie, posiedzieć w domu, z książką i szwędaniem się po mieszkaniu. To ludzkie. To moje. Bez tego oszaleję!

To moje wytłumaczenie. Sen mam spokojny.

poniedziałek, 16 lutego 2009

swat i ja

Swatanie. Istnieje tak długo, jak długo na świecie istnieją samotni, o których ktoś usilnie chce się zatroszczyć. W ubiegłym tygodniu zaplanowano swatanie mnie z jakże zabawnym, miłym i dobrym studentem akademii ekonomicznej. Tak, tak. Wreszcie będę mogła iść do banku i zrozumieć, co do mnie ta miła pani w bluzce z białym kołnierzykiem, mówi ;)

Gdy to usłyszałam, pomyślałam sobie, że coś tu musi nie grać. Inteligentny, cudowny, pomocny. Skoro on jest taki cudowny, to czemu jest sam, gdy sam być nie chce?
Ano, właśnie- pewnie z tego samego powodu, co ja ;)
Więc pewnie będziemy razem, spędzać całe dnie na zabawnych konwersacjach, by potem mieć miłe i dobre dzieci.
Jest tylko jeden problem. Nie jestem miła ;)

środa, 4 lutego 2009

soczyste buziaki

Impreza rodzinna.
Mama poprzedni dzień spędziła na nerwowym bieganiu ze ścierką po mieszkaniu, by wszystko, naprawdę wszystko, lśniło czystością (nawet to, co świecić nie powinno!).
W dzień WIELKIEGO WYDARZENIA siedziała w kuchni, by zachwycić wszystkich gości swoimi sałatkami, śledzikami, kotletami. O zachwycie, rzecz jasna, nie może być mowy, bo ten repertuar dań już wszyscy znają i psychicznie są na niego przygotowani. Niespodzianek nie będzie. Kubki smakowe nie poszerzą horyzontów swoich ulubionych smaków.
Mama zajęta, tata nerwowy, a Ty? Ty czekasz…Cierpliwie czekasz na ostateczny atak obślinionych ust stęsknionych ciotek, które to nie znają umiaru. Już od wejścia wypatrują swojej ofiary, która (o, zgrozo) przyzwyczaiła się do tego nieszczęsnego rytuału. Już nie stawia oporu. Poddała się…

Znacie to? Ha! Na pewno. Gdy dorastamy, mokre całusy nie sprawiają nam przykrości, gdyż zaczyna się era kłopotliwych pytań i wspominek ( jakby obecnie nie działy się żadne interesujące rzeczy). I wtedy z tęsknotą przywołujemy w pamięci obrazy całusów, które może i były krępujące, ale trwały krótko i nie grzmiały w głowie echem nietaktownych pytań.

Lubicie swoje ciotki? Co o nich myślicie?
Powinniście je lubić, szanować, kochać i ubóstwiać ponad swe marne życie.
Czemu tak mówię? Bo sama jestem ciotką i pomimo młodego wieku zaczynam przejawiać zachowanie tych starszych…

„Czemu się nie przywitała”? „Czemu się nie przytuliła”? „Czemu ucieka”? Skąd te pytania w mojej głowie- nie mam pojęcia, ale mój stan chyba z dnia na dzień się pogarsza…


Oczywiście, uspokajam Wam, nie jest jeszcze tak źle. Nie narzucam się. Nie chce, to nie (ale serce krwawi :). Dostała prezent, ale nie oznacza to, że powinna okazać wdzięczność…Przecież to dziecko. Ważne, że się podoba jej się zabawka. Prawda?:P

Ech… te dylematy…

A puenta?
Nie każ swojej córce przytulać się do ciotki, babci, wujka, itd., albo co jest jeszcze gorsze, ich całować. Bo, gdy dorośnie, powtórzy schemat i swoją siostrzenicę będzie prześladować, póki starczy jej sił w starczych nóżkach.

Lekko zwichrowana, pozdrawiam ;)

poniedziałek, 2 lutego 2009

kulturalnie

Czasami, gdy chce sama przed sobą udać osobę zorganizowaną i mało rozrzutną przed zakupami sporządzam listę, co mam kupić. Zabieg ten prosty, czyniony przez rzeszę innych ludzi, aby nie dać się zwieść promocjom i tanim chwytom.

Zrobiłam listę książek, które chciałam kupić. Dawno temu to było. Minęło kilka tygodni, a książek nie mam do dziś. Sytuacja uległa zmianie parę dni temu.
W tamtym tygodniu poszłam na zakupy. Wieczór był chłodny. Dłonie bez rękawiczek marzły i wołały o ratunek. W herbaciarni kupiłam niezliczoną ilość herbatek. Było dość późno, spieszyłam się na autobus…Nagle, moim oczom ukazała się księgarnia…Nie miałam ww. listy przy sobie, ale pomyślałam sobie, że przecież na tamtych książkach nie skończy się moje czytanie i nie zaszkodzi kupić teraz jakiejś jednej pozycji.. Kupiłam „Chudszy” S. Kinga oraz….no właśnie….Jakiś czas temu została wydana kontynuacja powieści Cień wiatru- „Głos anioła”. Obejrzałam ją i odłożyłam z powrotem. Potem sobie szybciutko przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, iż kupię także i ją. Dwie książki to nie koniec świata…Poszłam do kasy, zapłaciłam, pognałam na autobus. W domu, otworzyłam reklamówkę i okazało się, że kupiłam Cień wiatru…

Mam problem. Wydaje mi się, że nawet nie chce sobie z nim poradzić. Przecież to jest takie nieszkodliwe :P I tak miałam sobie kupić dwie części…Sęk w tym, że zawsze pozostaje jakieś ale…


Z nowin nowszych- wczoraj obejrzałam Księżną. Chyba lubimy takie filmy.
Jak te głupie sądziłyśmy, że dobrze się to skończy…No cóż- tak też się nie skończyło. Nie żyli długo i szczęśliwie.
A tym razem- to my się śmiałyśmy. Gdy on (ten zły) powiedział, że ją kocha (a nie kochał) z naszych gardeł wydobył się ironiczny pomruk (no dobra, śmiech). Na te 10 osób tylko my tak zareagowałyśmy. Od razu przypomniały nam się inne seanse, w których to inni się śmiali, a my milczałyśmy, by po chwili dyskretnym spojrzeniem pokazać sobie nawzajem co o nich myślimy- bo przecież nie czas i miejsce na takie zachowanie, to nie był śmieszny moment…Lubiłyśmy krytykować tamtych za takie nieprzyzwoite treści wyrazu swojego odczucia wobec danej sceny. Czułyśmy się lepsze, bardziej kulturalne, bardziej przyzwoite, umiejące się zachować, z dobrym wyczuciem chwili i tego, co śmieszne jest, a co zabawne nie jest…

Czułyśmy, lubiłyśmy…Teraz to czas przeszły. Jesteśmy takie jak tamci. Zachowujemy się i oddychamy jak oni. Nasza mała tragedia….

A może to było śmieszne i jak zwykle okazało się, że my mamy to „coś filmowego” , a oni nie? Takkk, na pewno taaakkk ;)
I w ten sposób, tak rozumując, można przez całe życie spać spokojnie. Polecam wszystkim ;)

czwartek, 29 stycznia 2009

linki

No i już.
Trochę to trwało zanim się do tego zabrałam, ale dzis 29 stycznia, ta chwila nadeszła.
Dodałam linki z boku!!!
Jeszcze tylko muszę je pogrupować.... ale to może za pół roku ;P decyzja ta musi we mnie dojrzeć ;)

lekarzem nie będę ;)

Chciałabym podzielić się pewnymi przemyśleniami. Gdy wypowiadam je, strasznie mi dziwnie gdzieś tam w środku, ale napisać mogę, bo to co innego ;)


Wczoraj napisałam test z międzynarodowych stosunków gospodarczych. Niby nic, ot kolejny egzamin. Otóż, nie. Pomijając możliwość uzyskania odpowiedniej ilości punktów lub też konieczności powtórnego podejścia do egzaminu należy zaznaczyć, iż jest to ostatni egzamin na moich studiach.

Od razu pojawia się jakiś sentyment za tym, co za mną, chęć podsumowań i pogłębionych analiz, spojrzenia na to wszystko oczami obiektywnego obserwatora.
Pojawia się… i zaraz znika.
Przecież wiem, co dobrze zrobiłam (nie powiem, za bardzo jestem skromna).
Wiem także, co źle zrobiłam (tego na pewno nie powiem, bo bardzo się wstydzę).
A przede wszystkim zdaję sobie sprawę, iż wszelkie podsumowania nie mają sensu, bom jeszcze nie jest Panią magister.
No właśnie- jeszcze ten jeden mały szczegół- napisanie i obrona pracy ;)

A potem będę mogła się zastanawiać, na jakim kierunku się jeszcze edukować, w jakim systemie. Wybierać kurs językowy, karnet na fitness i biadolić (to lubimy najbardziej) nad brakiem czasu.

Jakoś nikt mi nie mówił, że tak to będzie wyglądać, gdy z uporem maniaka uczyłam się składu leków i sposobu ich zażywania (etap: zostanę lekarzem), uczyłam się konstytucji (etap: zostanę prawnikiem) czy też nadawałam imiona swoim nienarodzonym dzieciom (etap- odsunięty w bliżej nieokreśloną przyszłość ;)

Nikt mi tego nie powiedział i przez to, aż do 40-tki będę próbowała się do tego wszystkiego przyzwyczaić, bo u mnie to zawsze wolniej przebiega ;)

sobota, 24 stycznia 2009

start

Wstyd. Bardzo się wstydzę. Czerwienię się po same brzegi mych niezbyt dużych uszu. 2 grudnia ostatni post. Co to w ogóle ma znaczyć? Nie tak to miało wyglądać...
Trochę się działo. Ale to oczywiście nie jest usprawiedliwienie..
Praca, zaliczenie, siostrzenica, złe samopoczucie i takie tam.

Stwierdziłam, że jednak teraz, gdy muszę się uczyć do egzaminu, napiszę, zainspirowana notką innego blogowicza.


Czym się różni studiowanie filozofii od filozofowania? Niby pisownia podobna, ale te dwie czynności dzieli przepaść.
Studiowanie filozofii ma sens. Pogłębia wiedzę o świecie, o nas samych. Zadajemy pytanie szukamy odpowiedzi. Analizy filozoficzne pogłębiają, rozwijają. Kolejne drzwi w naszej głowie się otwierają ukazując zupełnie inny świat...

Filozofia to umiłowanie mądrości. A filozofowanie? To zanurzanie łyżki w herbacie, dodanie soli. A po jednym ruchu łyżki, wypicie płynu i stwierdzenie, że to nie jest smaczne. TO jest filozofowanie. Robią to znajomi przy wódce, kobieta w kolejce do lekarza, mężczyzna po obejrzeniu wiadomości. Narzekamy, analizujemy powierzchownie radując się na samą myśl, że jesteśmy mądrzy i kompetentni do wydawania sądów na tematy ważne i ważniejsze. A już najgorsze jest to, jak to analizujemy swoje życie.
Ja to też robię. Lubię zanurzać się w swoim cierpieniu, chwilach radości, smutku, tęsknocie; zastanawiać się nad przyszłością, do znużenia i znudzenia rozbierać przeszłość na części pierwsze. Potem znowu je składać, obracać w palcach. Burzyć i budować. To takie fajne. To takie moje, własne i zawsze moje zdanie jest ważne. Jestem panią swojej wyobraźni.

Ale czasami przesadzamy. Przesada, nadmiar, przesyt jest szkodliwy. Potrzebny jest umiar. I dochodzimy do prawdy głoszonej przez filozofów greckich. Umiar.

I żeby nie przesadzić, kończę.