piątek, 17 kwietnia 2009

kawaaaaaaaa

Spełniłam swoje marzenie. Wczoraj był piękny dzień. Zajrzałam do Coffee Heaven i przepadłam. Kupiłam pyszną kawę. Nie jakąś zwykłą kawę. Tak dobrej kawy to ja jeszcze w swym krótkim życiu nie piłam, a do tego, co jest najważniejsze- była ona na wynos. Tak, tak- kawa na wynos była moim marzeniem.
Kupiłam kawę, po czym poszłam na tramwaj na katowickie rondo. Zawsze mnie ta fontanna denerwowała. No bo jak to- próbują człowiekowi wmówić, że tak oto na samym środku skrzyżowania, w centrum wojewódzkiego miasta może być przyjemnie… Tu trawka, tu bryza opadająca na twarz co otrzeźwia zmysły. Bujda! Tu jest przystanek tramwajowy i tu człowiek albo się spieszy gdzieś, albo się już spóźnia, albo marznie, albo go nogi bolą. Innych możliwości nie ma. Koniec. Kropka.
Ale wczoraj…
To rondo okazało się być oazą spokoju!! No nie wierzę w to co piszę! Słoneczko świeciło, delikatnie raziło ( o tych, co noszą okulary przeciwsłoneczne będzie potem)…Szum wody słyszałam, samochodów prawie wcale…Piłam tą kawę i świat wydał mi się lepszy. A potem, to nawet do domu poszłam spacerkiem (20 minut)…

To takie proste- kubek kawy i dobry humor pojawia się już przy pierwszym łyku!!

Ale jak zwykle- jest ale… Kubek tej pysznej kawy to ubytek 11 złotych w moich oszczędnościach… Zatem, codziennie dobrego humoru można nie mieć ;)

wtorek, 14 kwietnia 2009

o niepotrzebnych słowach

Tak. Trochę podgoniłam. Wracając do postu z 31 marca, opisałam historię z pocztą, o chrzcinach też wspomniałam…o tej nadziei nie zamierzam mówić, bo już jakoś tak emocje ostygły…przerabiałam ten stan wielokrotnie i mogę z całą pewnością stwierdzić, że w przyszłości taki nagły zwrot akcji nastąpi, a wtedy, być może, opowiem jakie to serce bywa zdradliwe i głupie ;) Dziś się wszystko uspokoiło.

Pora na punkt 4. Pora na kilka słów o przyjaźni.

Czamataja nie lubi używać tego słowa. Niektórych to dziwi (np. Ktoś) Wychodzę z założenia, iż przyjaciele wiedzą, że nimi są. Nie wynika to z nazewnictwa, ale z faktów. Fakty mówią same za siebie. Jeśli mam potrzebę zadzwonienia do Ciebie, to robię to bez wahania. Jeśli cały świat wali mi się na głowę, to mówię Ci o tym. Nie przedstawiam Ciebie także jako mojego przyjaciela- po prostu, imię wystarczy, ewentualnie, opis czym się zajmujesz. Samo słowo z trudnością przechodzi mi przez gardło. Nie mam pojęcia dlaczego. Tak jest.

Nawet nie muszę z Tobą rozmawiać, utrzymywać stałego kontaktu żeby mieć 100% pewność, iż w razie potrzeby możesz liczyć na moją pomoc. Czy pomimo tego, można to nazwać pą? Co mnie to obchodzi.

Nazwy się nie liczą. Owoc nie będzie lepiej smakował, jeśli stwierdzimy rzecz oczywistą, że jemy arbuza. A król pozostanie nagi…

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

chrzciny, jak nie pisać ;)

Jestem wam jeszcze winna opowieść o chrzcinach mojej najmłodszej siostrzenicy. Nie będę opowiadać o obrzędzie, tylko o tym, co było później, czyli o imprezie (czyt. obiad, deser, sami wiecie). W zasadzie o tym też nie będę się rozpisywać. Nie wiem, co chciałam napisać. Chyba czas kończyć tą żenadę ;) Coś o dzieciach miało być, ale nastroju nie mam, czasami tak bywa….
See you!

niedziela, 12 kwietnia 2009

poczta i zmysł obserwacji

Od dziecka słyszałam, że za komuny było lepiej….Zewsząd padały porównania, jak to dzisiaj jest źle i jak wtedy było lepiej- może nie dobrze, ale lepiej, inaczej. Jestem przekonana, że Ty także o tym słyszałeś. Zawsze wydawało się mi się to irracjonalne i bardzo- emocjonalne. Nie żyłam w poprzednim systemie, ale czując jego oddech na plecach wiedziałam, że ja dziękuję, ale żyć wtedy bym nie chciała i byłam wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
Obserwowanie zmiany, bo teraz mi o to chodzi, która nastała, byłoby ciekawym przeżyciem, ale czy bym to zauważyła? Czy bym tego doświadczyła? Obudziłabym się tuż po zmianie systemu i stwierdziłabym, że tak, jestem szczęściarą, bo na moich oczach dokonała się historyczna zmiana? Ba, wszyscy o tym mówili, ale czy tak naprawdę to czuli? W każdej komórce swego ciała, czy byli świadomi następstw, konsekwencji? Czy byli podnieceni samą myślą o tym, podekscytowani tym, co jutro może przynieść dzień? O historii łatwo mówić, ale czy równie łatwo ją przeżywać? Tego bym się bała. Że coś przemknie tuż obok mnie, a ja tego nie zauważę. Pewnie dlatego los mi oszczędził takiego rozczarowania…
No, więc mamy tą komunę. Dziwi fakt, że nawet moi rówieśnicy odwołują się do tamtych czasów w sposób, który by sugerował, że tam byli, żyli i oddychali tamtym powietrzem… Narzekają na kolejki, na obsługę i na mentalność innych ludzi. Cóż… mnie też to dotknęło.
Na poczcie.
Wydawałoby się, że to jest proste. Przyszłam, chcę wysłać list, potrzebuję blankietu nadania listu za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nie jest nigdzie wystawiony, więc udaję się do okienka. Czekam w kolejce. Kolejka się wydłuża. Gaśnie prąd i panie urzędniczki wpadają w popłoch…Ciemno, słychać tylko poirytowany oddech ludzi za mną. Znacie to. Nagle ludzie wzdychają, tupią, ech ach, och. Nerwowo zerkają na zegarek. Dostaję bankiet dot. nadania przesyłki poleconej i urzędniczka wychodzi… Pani za mną ze zrozumieniem mówi, że jeszcze powinnam wziąć taki żółty (zwrotne potwierdzenie otrzymania listu), bo jeśli go teraz nie wezmę, to będę musiała jeszcze raz w tej kolejce stać i to dwa razy więcej czasu zajmie…No jasne, tylko, że ja potrzebuję pomarańczowy (bo za granicę ten list wysyłam). Dziękuję za informację i czekam na ten blankiet (ile to czasu może zajmować!). Pani wraca, podaje mi go i ja, grzecznie, choć z grzesznymi myślami, wychodzę z kolejki. Gdy do niej wracam, dalej jest długa…Dziewczyna przede mną ma do odbioru paczkę.
Dziewczyna (D): Dzień dobry [podaje kwit Urzędniczce (U)]
U: [wyciąga rękę po kwit, wychodzi]
…..
U:[ podaje D kartkę do podpisu, wskazuje miejsce, gdzie ma się podpisać]
D: Mogę długopis?
U:[podaje długopis]
D:[podpisuje, oddaje długopis]
D: Dziękuję
U:[podaje paczkę]
D: do widzenia

Jak zauważyliście, U nie odzywa się w ogóle. Skonsternowana, gdy przyszła moja kolej, nie wiedziałam jaką rolę mam odegrać. Czy odzywać się i silić się na grzeczność, czy też zagrać w jej grę i udać, że język polski to trudny język, więc po co w ogóle go używać. Resztkami sił, odezwałam się. Standardowo- proszę, dziękuję, do widzenia.
Ale tak naprawdę, to mam to wszystko w dupie. Urząd żywcem wzięty z czasów komuny. Jesteśmy ludźmi i trochę kultury, no naprawdę szczyptę, odrobinę, by się przydało. Urząd przyjazny ludziom?
Ja rozumiem, że ludzie po drugiej stronie są zmęczeni. Zestresowani, bo prądu zabrakło. Ale czy to jest powód? Tak bezosobowo? Tak bezpciowo? Bez smaku i koloru?

czas goni nas

Święta. Czas dla rodziny…Porad nadrobić zaległości!
Nie lubię mieć zaległości. Coś do zrobienia, co kiedyś odłożyłam na półkę, a teraz jest przygniecione przez zalegający kurz. Nawet tu, w tym miejscu, mam coś, co powinnam była dawno zrobić, napisać. Co miało być dla mnie przyjemnością, a teraz jest obowiązkiem, ciężarem, z którym podróżuję przez me dni. Odzyskam lekkość, spokój ducha, gdy nadrobię zaległości, o zgrozo! Przykre, kiedy rzeczy przestają być nam posłuszne i zaczynają żyć własnym życiem.. To chyba tak samo jest z dziećmi.
Winnym jest czas- bo przecież nie ja. Czas, a raczej jego brak. Zdałam sobie sprawę, że życie podporządkowane jest upływającemu czasowi. Patrząc na zegarek budzę się i zasypiam. Potrafię stwierdzić, ile minut zajmuje mi dojście do przystanku, spożyciu posiłku. Wychodząc na spotkanie prognozuję, ile będzie trwało, by wiedzieć, ile będę mieć minut po przyjściu do domu, aby coś tam jeszcze zrobić przed zaśnięciem. Wszystko to robię albo mimowolnie, albo z pełną świadomością. Jestem ograniczona i należy się do tego przyznać. Ogranicza mnie coś, co ograniczone powinno nie być. Czas. W mniej cywilizowanych (czy, aby na pewno?) społecznościach człowiek nie jest uzależniony od mijających sekund. Wstaniesz, to zjesz. Zrobi się ciemno, to pójdziesz spać. Nie trzeba się przejmować, że zaśpisz do pracy, jeśli w miarę wcześnie się nie położysz… Że musisz szybciej wrócić do domu, żeby zrobić projekt, napisać list, iść na zakupy….Przecież dzień tak szybko się kończy, a Ty masz tyle obowiązków i punktów do odhaczenia na liście…
Nic dziwnego, że tacy zestresowani jesteśmy. Ty nie? Ale na pewno ja ;)