wtorek, 2 grudnia 2008

rowerowy zawrót głowy

Nie jeżdżę na rowerze. Kilka razy w swoim krótkim życiu, żałowałam, że roweru nie posiadam i nie wypuszczam się w, jakże zielone, tereny Śląska i okolic…
Dziś nie żałuję. Dziś, cieszę się, iż jestem posiadaczką dwóch zdrowych nóg i sobie chodzę. Bo, gdybym miała rower, chyba bym ze złości i niedowierzania zeszła z tego z świata w sposób cichy i niezauważalny…

29.listopada zmienił się taryfikator mandatów. Źle jeździsz- będziesz musiał mieć albo szczęście, albo gruby portfel.
Zmieniła się także wysokość mandatów dla rowerzystów, którzy łamią przepisy.
Uwaga, uwaga! Za jazdę po chodniku lub po przejściu dla pieszych będą płacić 100 zł, a nie jak dotąd 50 zł. Podwyżka o 100% (wiedziałam, że matematyka kiedyś mi się przyda).

Ja nie jeżdżę, ale patrzeć umiem i czasami to robię. Jeśli nie po chodniku, to gdzie oni mają jeździć? Fakt, czasami to irytujące, ale nie ma innego wyjścia. Albo TIR nadjeżdżający z naprzeciwka albo popchnięta staruszka, która upada z trzaskiem na chodnik- wybór należy do Ciebie.
Teraz was zaskoczę- w Polsce nie ma tyle ścieżek rowerowych, co by rowerzyści spokojnie mogli po nich sobie hasać.
Oprócz braku autostrad, dobrych dróg i miłych pań w urzędach jest to wielki problem w naszym kraju. Nic nie zmieni wysokość tych mandatów. No, może oprócz frustracji i psioczenia na państwo, gdy w TV nie ma nic ciekawego.

Absurdy gonią absurdy. Po salwie śmiechu przestaje być śmiesznie. A rzeczywistość staje się groteskowa. I już nic nie wiadomo. Jak zawsze ;)


Całe szczęście, prezydenta kule się nie imają…

poniedziałek, 1 grudnia 2008

jak skutecznie straszyć panią z monopolowego


W zastraszającym tempie znika z ulic poczucie humoru. Już nie można sobie swobodnie pogawędzić w autobusie z nieznanym towarzyszem podróży. Komu by tam do głowy przyszło rozpoczynać rozmowę o niczym z jakże miłą panią z osiedlowego zieleniaka. Ciężkie czasy nadeszły…
Wydawałoby się, że polska nieufność, tak wyraźnie dająca się odczuć pod rządami J.K., minie z nadejściem nowego rządu. Ale gdzie tam.
Ona pozostała. Czai się po kątach, a czasami nawet bezczelnie wychodzi na światło dzienne.

Przed imprezą andrzejkową poszłyśmy z Ive do sklepu po coś do picia. Tak wyglądało nasze zderzenie z ludzką podejrzliwością…


Występują:
Ive- I
Ja- J
Sprzedawczyni- S

I i J wchodzą do sklepu: Dzień dobry!
S: Dzień dobry! Co podać?
J: Hmm no nie wiem. Może (cenzura), a może (cenzura)…Ja na razie dziękuję, muszę się zastanowić. Ive, jak sądzisz?

Następuje wymiana zdań, po której już wiem, co chcę :P

J: To ja poproszę (cenzura)

Sprzedawczyni podaje cenę, ja daję pieniążki… I, gdy wydaje resztę nadchodzi armagedon…

J: A dowodu pani nie chce zobaczyć (z uśmiechem się pytam, z uśmiechem cholera!!)
S (podejrzliwie patrząc na mnie, ściszając głos…jej wzrok mógłby zabić….)
S: A pani z kontroli? (no o tym bym nie pomyślała!!)

Sytuacja staje się coraz bardziej napięta…
J: ee Nie…

Ive się śmieje, a ja się tłumaczę ( i prawie ją przepraszam za to, że nie wylegitymowała osoby kupującej alkohol)
J: Już nikt nie chce oglądać mojego dowodu (prawie płaczliwie)

Ive wkracza do akcji i niewiadomo kogo broni, bo chyba nie mnie. Zdrada na polu walki!!

I: No bo tu pewnie zazwyczaj studenci zaglądają, co już mają 18 lat…
S: (już rozluźniona, ale do lekkiego tonu jeszcze jej daleko) Młodzież też się trafi, ale tu (czyli ja, ooooo) widać, że 18 już jest…
J: (z niesmakiem) taaaa
I i J: do widzenia (już tu więcej nie wrócimy)

Co za trauma… Chamstwo, brak taktu i poczucia humoru. Mojego też;)

piątek, 28 listopada 2008

Andrzej

Wczorajsza noc to głównie impreza andrzejkowa. Z Ive na akademikach. Ze studentami. Poczułam się jak to jest być w ich gronie. Niby się jeszcze do nich zaliczam. Niby już nie. Etat, wizja kupna mieszkania, ubezpieczenie, problemy z urlopem i brakiem czasu. Problem z wyjściem na imprezę i wybór- iść, czy się wyspać? Starość zagląda do oczu.. Dobrze, że mam szkła korekcyjne :P
Impreza była i się skończyła.
Ciąg dalszy przynudzania jutro, gdy się wyśpię.
Rzecz jasna, historia będzie lekko udramatyzowana, ale bez tego ani rusz...

czwartek, 27 listopada 2008

egoistycznie-sympatycznie

Czasami się do tego nie przyznaję, ale lubię kontakt z innymi ludźmi. Nie przyznaję się do tego sama przed sobą, bo postrzegam siebie jako NIESYMPATYCZNĄ, choć czasami uroczą…
Kontakt z innymi ludźmi cenię, z pobudek czysto egoistycznych.
Rozmowa z drugim człowiekiem- nieważne, czy inteligentnym, światowym, zabawnym i dającym się lubić, czy gburem, chamem, roszczeniowym skąpcem, zawsze coś we mnie pozostawia.
I znowu- nieważne, co to jest- niesmak, fascynacja, wstyd nad własnym ograniczonym umysłem i postrzeganiem świata. Odkrywam siebie, poznaję własne niedociągnięcia, poczucie humoru. Widzę, jak reaguję na zachowania innych i mogę to zmienić, lub nie… Obserwuję mój świat oczami drugiego człowieka i, nie ukrywam, oceniam go. Czasami ma to działanie depresjogenne, czasami wręcz przeciwnie.
Buduję wartość. Swoją. Własną. Niczyją inną.

Wykorzystuję.

Wchodzę na blogi o książkach, co by nie myśleć, że jestem taka oczytana…

Wchodzę na fora polityczne, żeby się przekonać, że inni tez mają rację i swoją prawdę głoszą jako jedną i jedyną.

Odwiedzam fora prawne, co by się odnaleźć w gąszczu przepisów.

Rozmawiam, żartuję, słucham, słucham i słucham.

Poznaję siebie.
Dzięki :)

środa, 26 listopada 2008

nie jestem sympatyczna

Rozmawiając dzisiaj z koleżanką w pracy, dowiedziałam się czegoś o sobie.
Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, bardzom się zdziwiła ze swego odkrycia.
Nie tyle z samego faktu, co z jego rangi, ważności i z tego, jak ta wiedza może mi się przydać w przyszłości…

Nie lubię słowa „sympatyczna”, „sympatyczny”, „sympatycznie” i innych, wszelkich niepoprawnych odmian tego parszywie miłego i, nic nie znaczącego wbrew pozorom, słowa. Uf, zdanie długie, ale wyszło :P

Co tak naprawdę myślimy, gdy je wypowiadamy?

„On jest sympatyczny”
(czyt. nic o nim nie wiem, ale nie chce wyjść na nieczułą i powiedzieć, że wydaje się być albo nudny, albo przesadnie porządny, nijaki, nie w moim typie, itd…dlatego powiem s…..)

„Ona jest sympatyczna”
(czyt. to samo, co powyżej+ ona mogłaby być matką moich dzieci, ale TYLKO matką, wiesz o co chodzi :P)

nazywanie obiektów, rzeczy, określanie w ten sposób pogody
(czyt. brak mi słów, nie potrafię znaleźć innego określenia, aby nazwać to, o czym mówię)

„na imprezie było sympatycznie”
(czyt. nie podobało mi się, wolałbym grać w karty z moją matką niż marnować czas na tej nudnej imprezie; tyle było szumu, a wyszło jak zwykle; nie poznałem nikogo ciekawego, myślałem, że będzie fajniej [a tu kolejne ekstra słowo, o którym później :P])

„to spotkanie/randka była sympatyczna”
(czyt. guzik prawda, nie podobało mi się, ale prosto w oczy Ci tego nie powiem)

I tak dalej, i tak dalej…

Generalnie wydaje się, że to słowo wychodzi z użycia. Nie jesteś już sympatyczna, bo to trąci myszką i wydajesz się wtedy troszkę stara, nie na czasie.. Dziś nie jesteś sympatyczna, jesteś cool, jazzy, ekstra i ja pewnie też jestem stara, bo nie znam ciągle przybywających nowych określeń, których mi tu teraz brakuje.

Zgodnie ze słownikiem, sympatyczny to: ujmujący, pociągający, miły…

Chcę być ujmująca, pociągająca, ale miła?? Tego słowa też nie lubię.
Brrr ciarki przechodzą na samą myśl, że je kiedyś usłyszę, co raczej się nie zdarzy, bo ja przecież miła nie jestem :D

Nie skomentuję zdań w stylu „miły pan spotka sympatyczną panią w średnim wieku”. Pozostawię to dla Was. A, taki mały prezent. Gift ;)

niedziela, 23 listopada 2008

TW


Za chwilę oszaleję. Chciałam poważnie. Chciałam z pozycji doświadczonej 22-letniej osoby objawiać pracy nieobjawione. Nie udało się. Będę musiała zrobić to w innym terminie.
Dziś, mam zmartwienie. Dopadła mnie niemoc twórcza. A termin się zbliża… Gdy godzina zero wybije, stracę do siebie szacunek w chwili, jeśli nie starczy mi sił, co by napisać słów kilka…
Wszystko jest pod ręką. Gdybym chciała być pompatyczna, stwierdziłabym, iż całe życie na to czekałam. Wszystkie moje wysiłki były skupione na tym jednym wydarzeniu. Miesiąc minął. I nic. Już nie mam miesiąca. Miałam dwa. Mam 3 tygodnie. Odwlekam moment zabrania się do pracy. Piszę bloga, posty na forum, interesuję się znajomymi :D
Idę po kawę i do pracy.
Tak!

wtorek, 18 listopada 2008

jak ciężko być Europejczykiem ;P

Nigdy nie wiadomo, kiedy ze swoją niewiedzą, lękami spotkamy się twarzą w twarz. Pomacha nam wtedy, przypomni o swoim istnieniu i albo doprowadzi do konstruktywnego działania, albo na tym spotkaniu się skończy.

Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle :D

Do tego spotkania doszło w pociągu linii Intercity, na trasie Warszawa- Katowice, w przedziale nr 7.

Zasadniczo, rozmawialiśmy o niczym. Ale w tej nicości kryła się potęga gotowa zniszczyć najbardziej wytrwałego śmiałka.

Rozmawiać z obcokrajowcem. Udawać, że rozmowa ta nie jest wysiłkiem. Szybko, w mgnieniu oka, znajdować potrzebne słowa do prostego zdania. Przez obco brzmiące słowa okazywać zadowolenie, zainteresowanie, rozbawienie. Mówić o poważnych kwestiach, o stosunkach społecznych, jakby robiło się to codziennie (oczywiście nie po polsku)…

Ciężko....
A coś jeszcze? Pewnie, że było. Ale niech to zostanie moją słodką tajemnicą. Moją i I :D Przynajmniej do następnej notki :D

piątek, 7 listopada 2008

uzupełnienie tematu liścia

Można poślizgnąć się na liściu.
Śmieci pod liśćmi będą.
Będzie brudno.
Trzeba sprzątać nawet w czasie jesieni.
A o oszczędzaniu nie ma mowy podczas kryzysu :D

poniedziałek, 3 listopada 2008

rzecz o liściu


Czy można poślizgnąć się na liściu?

Pytanie to zaskakujące, ale zadane nie bez powodu. Stoi za tym podłoże socjologiczne. Pytanie to dotyka problemu bezrobocia, podatków lokalnych i kultury szeroko rozumianej.

Bytom, moje miasto ( w którym się nie urodziłam i nie wychowałam :P) a raczej jego centrum powinno być oczyszczane ze śmieci kilka razy dziennie. Obszary dokoła – raz dziennie. A peryferie miasta- nie mam pojęcia, bo kto by się tym zajmował :D
Wszystko ładnie na papierze, ale miasto nie zawsze jest zamiatane. Widzi to każdy i nawet osoba postronna może dojść do tego, jakże odkrywczego, wniosku. Płacimy podatki i nie widzimy rezultatu.

Chociaż, nawet, gdyby było to sprzątanie, tak jak w umowie leży (rymuje się?) sądzę, że czysto by nie było. Czemu? Bo my nie lubimy czystych ulic. Wolimy narzekać, jak to na Zachodzie jest czysto. A czemu czysto? Bo tam ludzie nie wyrzucają butelek, chusteczek, papierków ani na ulicę, ani nawet w krzaki! Bo tam, gdy ktoś to zauważy, że jest śmieć na ulicy, od razu go podnosi (sama widziałam). Głupie, nie? Po kimś sprzątać? Fujjj.

My lubimy, tak po prostu, wyrzucać pieniądze, niekoniecznie w błoto.
Nie lubimy widoku zadbanego miasta.

W ogóle to jest strasznie denerwujące. Pisałam notkę, już byłam przy końcu (jeszcze do tego daleko) a tu nagle się zamknęło. Nagle coś się zmieniło. I notkę szlag trafił, bo ktoś jej nie zapisał. I to, co jest na górze i będzie na dole, nie jest tak piękne, jak wersja pierwotna… Szkoda…


Wróćmy do tematu.

Szłam do pracy i widziałam panią, która zamiatała chodnik. No, super, pomyślałam sobie. Ale ona zamiatała liście! Liście! Nie śmieci, tylko liście. Liście!!!
Zaczęło mnie to męczyć. Po co zamiatać liście? Wiadomo przecież, że gdy jesień nadchodzi, liście opadają z drzew. Tak samo, gdy zima przychodzi, kiedyś śnieg też spadnie (przynajmniej na południu Polski). To jest oczywiste. Wiadome jest też to, że na wsi nie mieszkamy, pod lasem też nie (mowa o Bytomiu) i tych liści nie jest ogromna ilość liczona w tonach. Po co je zamiatamy?

Ja rozumiem, że nie chcemy przedzierać się przez zaspy liści, brodząc w nich po kolana… (Że my takimi Europejczykami jesteśmy i wolimy wybrukowane, gołe ulice Paryża, niż wschodnie, zasypane chodniki…) Ale to się chyba jakoś naturalnie rozwiązuje i nigdy byśmy takiej ilości nie zobaczyli. Tu wiatr zwieje je pod krzak, tu pies je przygniecie pod drzewem, tu deszcz zmoczy i przykleją się do płyty, by potem szybciutko odpaść i ze wstydem przenieść się na pobocze… No natura o wszystkim pomyślała.. To nie jest Mount Everest, gdzie śnieg był, jest i będzie. Liście znikną, prędzej czy później.

Tymczasem, pani wstaje rano skoro świt, zamiata liście, podczas gdy mogła robić coś innego. A my byśmy mogli oszczędzić na czarną godzinę, gdy trzeba będzie oczyszczać miasto codziennie- w lato, wiosnę, gdy śmieci nic nie przykryje- ani śnieg, ani liście…

I wtedy, gdy tak o tym myślałam, pojawiła się wątpliwość… Czy można poślizgnąć się na liściu? Bo jeśli tak, to ulice zamiatać trzeba (albo udawać, że się to robi), bo jeśli ktoś się przewróci, złamie nogę i zażąda odszkodowania od Miasta, szlag trafił nasze oszczędzanie…


Eh.




niedziela, 2 listopada 2008

Poezję warto czytać.

Wiele o tym już napisano; wiele razy jeszcze to samo przeczytamy; bo przecież łatwiej coś powtórzyć niż samemu wymyślić... Dlatego też, nie będzie wykładu o roli poezji w życiu przeciętnego człowieka. Bo ani nie mam ochoty, ani siły, ani czasu, żeby nad tym myśleć, aby to wyglądało mądrze i uczenie. Nie!

Dlaczego warto czytać?
Żeby nie czuć się osamotnionym w swoich osobistych klęskach, przeżyciach, uczuciach.

Od prawie roku na granicy dnia z nocą, w czasie długiej podróży tramwajem; wtedy gdy już jestem pewna, że pogodzona z losem nie będę wracać do tych wspomnień, myślę nieustannie o tym co za mną. Co się wydarzyło. I czy można było temu zapobiec. Wreszcie, czyja to wina? Czemu mnie to spotkało?

Ile razy mówiłam sobie: Koniec, to nie ma sensu! A może jeszcze jest nadzieja? Naprawdę, nie zliczę! Mogę by stara, ale ciągle głupia :P Pocieszam się, że nie tylko ja! Ha!

W piątkowy wieczór, Gosia zacytowała jeden wers z wiersza Leśmiana w rozmowie, której tu nie przytoczę. Pomyślałam sobie wtedy, że to jest to, co muszę przeczytać. Ktoś opisał historię. Moją historię.

Dlatego też, pozwolę sobie przekleić tutaj ten wiersz pozostawiając to bez komentarza.
Warto czytać wiersze, bo opisują to, czego doświadczamy. Bo czytając znane nam historie mamy pewność, że ktoś przeżył to, co my. A wiadomo- nikt nie chce być sam. Czy to w domu, czy odczuciach.




Leśmian Bolesław

Lubię szeptać Ci słowa

Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą -
Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,
Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą -
I nie wstydzą się swego mętu i pośpiechu.
Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści -
A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,
Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania,
I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści...
Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie -
Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu -
I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie
W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

środa, 29 października 2008

o kontaktach

Wczoraj nawiązałam kontakt z mięśniami nóg. Uśmiechnęły się do mnie. Lekko zadrżały. Przeszedł dreszcz od uda do łydki.. Dały mi znak, że to na nie działa, to im pomaga i chcą więcej. Poczyniły wyrzut, że tak je zaniedbałam.
Co za życie. Ciągłe wieczne pretensje :P

Tak- byłam na siłowni. I jestem z siebie dumna ;) Potem na aerobiku. W domu byłam wieczorem. Potem jeszcze uzupełnienie sprawozdania za rok 2007 (wcześnie sobie przypomnieli, nie? Ach te urzędy!) I kolejny dzień zleciał.
Czy tak to wszystko ma wyglądać? Nawet nie zliczę, ile razy dziennie zadaję sobie to pytanie… I chyba coś tu szwankuje, skoro ciągle mam wątpliwości.

Tymczasem, znalazłam kilka artykułów do pracy magisterskiej, więc ucieszyłam się, że coś mam ;) Jutro dzień wolny, troszkę dłużej sobie pośpię i….pognam na wydział błagając o litość jedną panią doktor ;) I rzecz jasna, do biblioteki! Potem spotkanie z Kasią- mamy trochę zaległości. Dawno pojawiły się wyrzuty sumienia z zaniedbania tego kontaktu.

Teraz, znasz wszystkie moje tajemnice. Za łatwo Ci poszło.

wtorek, 7 października 2008

Chilll

Z kubkiem kawy przy klawiaturze, usiadłam by oznajmić prawdę- jestem chill- chillout :P
Tak, długo się z tym kryłam, ale postanowiłam więcej nie okłamywać siebie ani innych czytelników bloga, którzy, rzecz jasna, mnie nie znają ( z małymi wyjątkami- serdecznie pozdrawiam :D)
Czemu chill? Głupie pytanie, głupia odpowiedź- a czemu nie?Nie mogę już znieść naszych gwiazdek na polskim rynku. Marazm i zniszczenie. Spustoszenie i wstyd.
Nie chcę nucić pod nosem „żałuję, że Cię znałam”- bo przecież jeszcze tego nie wiem…Cały czas się nad tym zastanawiam….Daj mi trochę czasu. Choć odrobinkę więcej.
Nie chcę słyszeć „nie daj się coś tam coś tam”, bo te słowa wypowiada się do osoby słabej bądź nie wiedzącej o swojej potędze. A ja wiedzieć chce! (pamiętaj, że ciągle się zastanawiam- więc jeszcze nie wie, czy wiem)
O czarnych oczach nie wspomnę…Kłopot w tym, że choćbym zapierała się rękami i nogami i bardzo się skupiała na tym- te słowa z otchłani mej popowej, prehistorycznej duszy przywędrują i tak. Zaskoczona w autobusie czy tramwaju, obleję się wtedy rumieńcem żałości i obiecam po stokroć już nigdy tego grzechu nie popełnić. Lecz trudne moje krzyki i lamenty….
Dlatego też nie słucham rmf w pracy. Znowu kłamię! Słucham rmf, ale nie stacji radiowej…Słucham RMF Chillout. Żeby nie być wiedziona na pokuszenie…

Długo nie pisałam. Dlatego też zróbmy podsumowanie….

Dalej zasypiam kamiennym snem, uwielbiam komedie romantyczne.
Dalej się zastanawiam i wracam myślami do chwil minionych. A nuż, może coś przeoczyłam?
Dalej wierzę, że coś na nas czeka. Ba, nawet próbuję się do tego przygotować- merytorycznie i psychicznie, ale z powodu małej ilości czasu, odkładam to na dzień jutrzejszy…. Potrzebuję nowego kalendarza…A to dopiero w styczniu. Same problemy….
Dalej lubię czekoladowca i spacery kończące się tak samo ;P
Lubię kupować książki, a czasem nawet je czytać :D
Lubię mieć parasol, gdy pada…


Uff, na szczęście nic się nie zmieniło !! :D

środa, 3 września 2008

Wdech, wydech.........

Veni…Vini….Vici… Ja, wczoraj, z Ive. Bo jak robić jakieś nowe rzeczy, to tylko z nią!
Joga. Byłyśmy na jodze… Długo to trwało, zanim znalazłyśmy tą szkołę, szkołę- jak z dramatu o maltretowanych dzieciach, gdzie w małej sali gimnastycznej poprawiałyśmy swój stan- stan ducha i ciała.
A jakże!
Choć już na samym początku zdenerwował jeden z „praktykujących”. Zasugerował, że nie jesteśmy cierpliwe…My niecierpliwe? Niemożliwe! My chciałyśmy po prostu już wejść do środka i mieć pewność, że to tutaj! Spytałyśmy, czy to tutaj ta joga, a on odparł, że tak, jasne; „(…) ludzie dopiero się zjeżdżają. Jogini powinni być cierpliwi”.

Phi…Gdyby ludzie byli cierpliwi, nie wynaleźliby ognia i internetu by nie było, cywilizacji by nie było i jogi też! Ha! A potem, na zajęciach, głośno oddychał. Nie lubimy go :P Denerwował nas (czyt. denerwował, nie irytował :P).

Same zajęcia były…interesujące. Pooddychałyśmy, porozciągałyśmy to i owo. Poczułyśmy ból tam i ówdzie…Ba, nawet leżałyśmy na tym i owym…

Spodobało mi się! Ale już tam nigdy nie pójdę. Za daleko! Znów praktyczność i brak czasu wygrała ze zdrowym rozsądkiem. Bo to by dużo mi dało. I da. Ale gdzie indziej. W Bytomiu też na pewno jest joga…


Dziś, czuję swój kręgosłup. Poruszyłam wczoraj te mięśnie, o których nie wiedziałam. Bardzo fajne uczucie! Wiem, że coś dobrego zrobiłam. Obym jutro nie wstała rano obolała :D

I jeszcze na koniec….

Wnioski jogina:
- każdy ma w sobie mężczyznę i kobietę. Gdy te dwie siły nie potrafią ze sobą współpracować, powstaje konflikt i dlatego tyle nieszczęśliwych par
- szanujmy siebie, innych, a wtedy nasze życie będzie lepsze.

Pozdrawiam serdecznie,
Jeszcze nie-oświecona, G.

piątek, 29 sierpnia 2008

kilka słów o wdowie i...jeszcze coś (BONUS)

Taaaak. Ile ciekawych rzeczy można dowiedzieć się u lekarza. Zdziwilibyście się. Otóż, zostanę wdową. Nie wiem, jak to możliwe bez męża, ale lekarz powiedział- rzecz święta. Tak musi się stać. Mój przyszły małżonek, którego będę kochać miłością ogromną, umrze.
No, może nie sam lekarz to stwierdził….On tylko powiedział, że tak gorole mówią…A kiedy- to nie powiem :P
Zastanowiłam się chwilę nad tym (tylko chwilę, bo po co tracić czas, na coś, co i tak się stanie?:)). I wiecie do jakich wniosków doszłam. Mój kochany to będzie miał straszne szczęście. Będę mu musiała rekompensować jego przedwczesną śmierć niemal każdego dnia….
Nie, to wcale nie oznacza, że jestem przeklęta.
Do twarzy mi w czerni….


Z rzeczy aktualnych.
Wczoraj z Ive byłyśmy w kinie. Film się podobał. Bardzo poprawił nam humor. Ale nie o tym chciałam. Bóg jeden raczy wiedzieć- jak do tego kina w ogóle trafiłyśmy. Wyjście z Ive do kina zawsze, podkreślam- ZAWSZE!- obfituje w różne, dziwne sytuacje.

Wczoraj, np.:
- Gdzie jesteś? (to ja- dzwonię do Ive)
- Właśnie dojeżdżam.
- No to super, to ja się przejdę po sklepach, będę pod Empikiem (pod Empikiem byłyśmy umówione)
- Ok, będę tam Cię szukać.
Minęło 10 minut.

- Czemu Cię tu nie ma? (znowu ja)
-Przecież jestem.
- No to wejdź do środka!
- Ale przecież stoję przed Epikiem
- Ja też, tylko ja jestem już w środku. Wiesz, Empik przede mną, sklepy inne dokoła mnie
- No ja też tam jestem
- Nie widzę Cię. Musisz wejść do środka.
- Ale ja jestem pod Epikiem
-Ja jestem pod Empikiem. Widzę ochroniarza, nawet kasy i pomimo słabego wzroku, tytuły jakichś książek….
- Ja też to widzę....

Chwila zastanowienia....Czas mija....Nagle- olśnienie!! Nie to niemożliwe.... A moze?
...
...

- Iwona, tylko mi nie mów, że jesteś w Silesii!!
- No, a gdzie miałabym być?!?!?
- W Epiku na Stawowej!! Przecież idziemy do kina Helios! Nie do ciemna city!
- To co teraz? Mów szybko, bo zaraz mi padnie komórka
- Wsiadaj w tramwaj i jedź do ronda! Ja tam zaraz będę!
- Jesteś głupia, hehehe
- Ja? :P


Eeee no bo to było tak….
Dla mnie to było OCZYWISTE, że idziemy do Heliosa i spotykamy się na stawowej….
Dla Ive to Silesia była oczywista. No dobra, troszkę trzeba to dziecię usprawiedliwić- zazwyczaj chodzimy do Silesii do kina (ciemna city).
Ot, pomyłka heheheh

Morał?
Kto pyta, nie marnuje niedarmowych minut! :D
Ale, gdy nie pytasz- śmiejesz się bardzo ;)
Sztuką jest śmiać się, z samego siebie!!
A, i oczywiście- ładujcie komórki. Nigdy nie jest wiadome, kiedy źle się umówicie :P

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

ulica sezamkowa

Dzisiejszy dzien sponsorują:
literka "b". B jak bułeczki maślane...
liczba 10, bo tyle razy na godzinę czuję palący ból gardła...

sobota, 16 sierpnia 2008

rozkład jazdy

Kto nie widział tego filmu, niech się wstydzi!
Dawno, dawno temu; dobrych kilka lat, zobaczyłam go pierwszy raz. Zostało mi po nim miłe wspomnienie...
"Pod słońcem Toskanii"- przyjemna historia. Krytyk filmowy ze mnie żaden, ale film ten jest po prostu miły dla oka.

http://www.youtube.com/watch?v=iIvMAbPxWJc

A, jeszcze jedno. Najważniejsze.

Wiedeń i Wenecję połączono ścieżką torów kolejowych. Linia ta, napotykała na swej drodze bardzo strome szczyty. Wtedy, pociąg nie mógł tamtędy przejechać. Pomimo tego, tory położono. Wierzono, że kiedyś dwa miasta się połączą. Dziś, pociąg kursuje.


Nigdy nie byłam dobra w tych wszystkich połączeniach, rozkładach, przystankach, kursach, rozmowach o niczym z sąsiadem z przedziału.... Zawsze wolałam mieć towarzystwo, na którego barki składałam odpowiedzialność za bezpieczną podróż... taki to straszny asekurant we mnie siedzi...

Kiedy odjeżdża mój pociąg? Kiedy będziemy na miejscu?


Kiedy odjeżdża Twój pociąg?

piątek, 15 sierpnia 2008

chaque jour, chaque seconde.

Zamilkłam na moment. Na dłuższą chwilę. Ja, która tyle chciała powiedzieć, nie wydała z siebie żadnego protestu; nie rozwiała swoich wątpliwości. Ucieszona końcem historii, dziękowała światu za zdjęcie tego ciężaru z barków. Potem nastały godziny ukojenia. Gdy obudziłam się, wahanie powróciło. Ze snu zbudzona sprzed pół roku, znów stanęłam przed sobą bezradna, wątpiąca.
Nic nie rozumiesz? Ty też? I Ty też? Nic nie szkodzi. Ja również...

Ive stwierdziła ostatnio, że minęła 1/3 naszego życia.
A wydaje się, iż to dopiero początek.
Nieprawda.
Wtedy, powiedziałam: "Przesadzasz. Najlepsze dopiero przed nami...."
Dziś dodaję: "mam nadzieję".

Dramatycznie? Pewnie tak, w tv ostatnio nie ma nic ciekawego....


***



Marie.
Tu dors, je ne te reveille pas. Sandrine querit, elle va vivre. Je te souhaite la vie que tu veux, celle que tu reves. Chaque jour. Chaque seconde.

Marie skoczyła z okna. Życie jej nie smakowało. Miało gorzki smak porwanych w strzępy marzeń.

czwartek, 31 lipca 2008

samochód:tramwaj- 1:0

- Może poprosimy go, żeby otworzył drzwi?
- No nie, znowu spóźnię się do pracy!
- Czy te poranki nie mogą być spokojne?
Te i inne głosy zaczęły rozbrzmiewać w tramwaju. Tylko kilka osób, tak naprawdę, wiedziało o co chodzi. Reszta popłynęła na swojej bezgranicznej ufności do drugiego człowieka, pań w kwiecistych spódnicach mających grymas niezadowolenia na twarzy za każdym razem, gdy się nie spojrzy….

- Panie, niech Pan nie dzwoni tak na niego, tylko wyjdzie i go poszuka- powiedziała kobieta do motorniczego-Nie możemy tutaj tak stać bez końca…A może, panowie (wszyscy panowie udali, że nie należą do płci męskiej) przestawcie ten samochód. [Taaaa, z pewnością panowie w świeżych, czystych, pachnących garniturach i marynarkach podniosą (kobieta sugeruje, że jest lekki) samochód]. Żaden nie przejął się wołaniem o pomoc zestresowanej kobiety.
Tymczasem drzwi się otworzyły i co niektórzy, bardziej zniecierpliwieni od reszty, zaczęli wychodzić. Reszta, albo nie wiedziała, czy się opłaca wychodzić, albo nie zależało jej na tym, aby szybko ten tramwaj opuścić.
- Kamieniem rzucić w szybę, alarm się włączy i od razu gość wyskoczy i samochód przestawi- stwierdzili panowie nie stroniący od alkoholu… [pomysł przedni].

W końcu samochód zniknął z torowiska tramwajowego [jak- nie wiem] i pasażerowie, złączeni wspólną przygodą, pomknęli z zawrotną prędkością w dal.
Nikt z nich nigdy nie zapomni tej historii.

Psycholodzy sądzą, że to może zaważyć na ich przyszłym życiu, kontaktach z partnerami i spowodować niechęć do podróżowania.
Socjologowie są pewni, iż tego typu sytuacje wyzwalają w człowieku pokłady solidaryzmu społecznego, porównywalnego do tego przy meczach reprezentacji polskiej w piłce nożnej z Niemcami lub też przy katastrofie autobusu we Francji, zawaleniu się ściany w kopalni, gdzieś tam, na Śląsku…
Politycy uważają, że odpowiedzialnością za taki stan rzeczy należy kogoś obarczyć. Najlepiej ekipę rządzącą, nie w gminie, ale w kraju! Przecież znane jest „myślmy globalnie, działajmy lokalnie”. O drugim członie tego zdania ktoś chyba jednak zapomniał. Przez przypadek.

A co ja? To było niedaleko miejsca, do którego zmierzała. Do rozpoczęcia pracy zostało mi jakieś 20 minut. Cała sytuacja z tym tramwajem trwała może 6 minut. Siedziałam, mp3 z działającymi słuchawkami miałam na uszach; za oknem słońcem już uśmiechało się z nieba. Nie było za gorąco. Rozsądek podpowiadał mi, abym się nie denerwowała. I tak też było- be cool…
Ale, gdzieś tam z tyłu głowy, dochodził do mnie głos, nieprawdopodobnie podobny do głosu starszej, wykłócającej się pani w kwiecistej spódnicy; który był w stanie zachwiać stan mojej równowagi i niezmącone wody mojego spokoju… Na szczęście jednak, tramwaj ruszył..

wtorek, 29 lipca 2008

niepotrzebnie

Znowu pojawił się na horyzoncie
niepotrzebnie…
Wszedł przed próg, nieproszony
z błotem na podeszwach,
przypomniał sobie o Bożym Narodzeniu
w marcu….
Miał jeden sposób na podbój świata
Tylko czemu światów kilka?

Mętlik w głowie
niepotrzebnie…
Prezentu nie zostawił.
Nie docenia powagi sytuacji.
Przecież nie ma Św. Mikołaja.
Zapomniał.

Romeo i Julia. Kochankowie dziejów
niepotrzebnie…
Kolejny szalik po choinką
niepotrzebnie…
Odtwarzanie wschodu słońca z grudnia
niepotrzebnie…
Choć serce wciąż drga...


Czemu niepotrzebnie?

piątek, 18 lipca 2008

autobusy i tramwaje

Usiadła naprzeciwko i od razu zwróciła na siebie uwagę. Coś w niej drgało, coś było nie w porządku. Obraz nie zgadzał się, brakowało równowagi. Próbowała nam coś sprzedać, ale dość nieudolnie. Osoba jej, wydaje się, skromna; ubiór temu nie przeczy. Ba, nawet ma apaszkę w kolorze hmm bliżej nieokreślonym, nie rzucał się w oczy, w każdym bądź razie- mieszanka czerni, brązu i szarości… Płaszcz skrojony konserwatywnie, bez udziwnień i dodatków. O co mi chodzi? O oczy mi chodzi!
Wzrok rozbiegany, czujnie obserwował otoczenie, rejestrował każdą zmianę- nagłą lub nie spieszącą się. Patrzyła i czekała. Analizowała, przetwarzała, zapamiętywała i odkładała na potem- może się przyda, pamięć wszak jest pojemna.
Ale to nie wszystko! O, nie!
Chodzi tu o sposób, w jaki patrzyła. Wielu ludzi patrzy na Ciebie w autobusie, tramwaju. Są różne sposoby patrzenia: ciekawski, nachalny, uroczy, sympatyczny, troskliwy. Ile chcecie i ile jesteście w stanie wymyślić. Ona patrzyła na ludzi w zawistny sposób i podszyte to wszystko było jakąś zazdrością i chorą ciekawością o losy obcych jej osób. Tak, jakby zastanawiała się, jak im jest na świecie- dobrze czy źle; gorzej czy lepiej niż jej.
Nawet przez chwilę przestraszyłam się jej. Bardzo dziwne to było. Nie wierzysz? Poczekaj. Gdy pewnego razu, usiądziesz naprzeciwko tego typu osobnika, przypomnisz sobie o mnie. I będzie mi bardzo miło, że ktoś o mnie myśli….

Ja, tymczasem, nawiązałam znajomość w autobusie. Miły (z wyglądu, niewiadomo co mu w duszy siedzi- zawsze bądź czujny!) ostatnio mnie pozdrowił i życzył miłego dnia. Codziennie rano, przejeżdżamy razem jeden przystanek. W dzisiejszych czasach to rzadkość- taka uprzejmość. Bezinteresowna, rzecz jasna. Dzisiaj też się przywitaliśmy. Autobus przestał być szarą masą ludzi zmierzających do znienawidzonej pracy..

Poznałam tez innego pana. Ale wolałabym go nie spotkać w swym życiu, już nigdy więcej!

Jadąc z pracy, do pracy, zawsze ucinam sobie małą drzemkę, pomiędzy Chorzowem a Rudą Śląską. Zawsze też, otwieram oczy, mniej więcej dwa przystanki wcześniej aniżeli jest mój własny. Otworzyłam oczy i nagle, w ogóle się tego nie spodziewałam, nachyla się nade mną, po spożyciu, na oko, sądzę, dwóch piw i mówi:
- Nie śpij, bo Cię [jakie „Ty”. Czy my jesteśmy po imieniu??] okradną.
-Nie śpię [ no naprawdę nie śpię- w końcu patrzyłam na niego przytomnie, choć wolałabym nie]
Chwilę później:
[Miałam słuchawki w uszach, słabo go słyszałam, coś tam mówił…dziękowałam w duchu za mp3; lalalalal, choć wiem, że powtórzył kilka razy „nie śpij, bo Cię okradną- „Głupia nie jestem, zrozumiałam za pierwszym razem” :P]

Gdy, za kilka minut, zaczęłam zbierać się do wyjścia, on nagle pochyla się [znowu!!], niczym Golum lub Zgredek [ludzka szyja jest taka giętka [?!?!?!] i mówi, prawie krzyczy:
- Mieszkasz na Frynie!! (dzielnica, gdzie wysiadałam)
- Nie, nie mieszkam [„co go to zresztą obchodzi”- myślę zrezygnowana. „Widać głód wiedzy Polaków jest ogromny”]
- Ijeeee- woła dalej nachylony- gdybym Cię nie obudził, przegapiłabyś przystanek!!!! [Że niby co? Czy ja spałam? :D]

Coś tam jeszcze mówił, ale pospiesznie wyszłam z autobusu, rezygnując z tłumaczenia mu, iż ja nie spałam!! Ech..

A może tylko mi się to śniło? :D

czwartek, 17 lipca 2008

złuda

Poranki już nie są takie same…Wieczory tez się zmieniły… Kawa ma inny smak… Wydaje Ci się, że świat się nie zmienia, że Twój świat zawsze będzie taki sam. Otóż, nie! Świat się nie zmienia, tylko Ty!

Rano, o tej nieszczęsnej 5.40 nie budzi mnie już słońce (ale to można wytłumaczyć, w końcu powoli, choć jednak, jesień się zbliża i dni coraz krótsze „jesień idzie, nie ma na to rady”). Nie zrywam się, jak oparzona z przeświadczeniem, że się spóźnię, jeśli w tej chwili nie wstanę! Nie, wszystko spokojnie.. Trzeba się przecież przeciągnąć, pomyśleć sobie coś miłego, wypełnić swą głowę ciepłymi myślami. No i oczywiście- przeczytać nocne sms`y, o których rzadko pamiętam, ale bardzo się staram!
Więc rano spokojnie…A wieczorem?
Wieczorem również spokojnie. Rzadkie chwile w domu wypełniam jak tylko się da tym, co bardzo lubię, a ostatnio zaniedbałam. Troszkę mnie to martwi i będzie trzeba się za to wziąć, tak porządnie, ale póki co, oswajam się z tym, co mam i organizuję swoją przestrzeń. Skutki? Opłakane, jak na razie, ale daję sobie jeszcze czas.

Zaczyna mnie to wszystko cieszyć. Sądzę nawet, że to pewnego rodzaju błogosławieństwo. Trochę męczące, ale człowiek nigdy nie docenia darów losu. I ja tu nie jestem wyjątkiem. Dałeś mi czas na oswojenie się z tym, co i tak na mnie czekało. Więc oswajam się. Jak Mały Książę, to co widział. Będzie dobrze. Tak sobie myślę.


Obecnie czytam książkę Carmen Laforet „Złuda”. Wiem, że będzie dobra. Nie tylko dzięki recenzjom, które ją polecają. Mam przeczucie. To wystarczy.
Na pierwszej stronie, przed treścią powieści, został zamieszczony przez autorkę fragment wiersza J.R. Jimenez`a „Złuda”. Profesor języka polskiego w liceum, zawsze mówił, że cytaty, fragmenty wierszy, innych powieści są dla nas, czytających, wskazówką daną przez autora, do interpretacji. Pamiętam to jak dziś…


Czasem jakiś smak gorzki,
dotyk, co w błąd wprowadza,
zgniły zapach czy rażące
światło albo ton fałszywy
niby rzeczy postać trwała
do naszych zmysłów dociera
i jawi się ta złuda
prawdą niepodejrzewaną

Juan Ramon Jimenez


Ten fragment poruszył coś, co mi bliskie. Odwołał się do tych zakamarków, o których nie sposób zapomnieć, choć bardzo by się tego pragnęło. I staramy się zapomnieć, i wciąż do tego wracamy. I zamiast iść do przodu, ciągle swe spojrzenie kierujemy ku przeszłym chwilom, które wywierają wielki wpływ na przyszłe decyzje, zachowanie, postrzeganie świata, ocenę ludzi spotykanych na drodze. Czy to dobrze? Nie wiem. Czy to nam coś daje? Nie wiem. Obawiam się, że więcej szkody niż pożytku… Pomimo
tego, nie potrafimy przestać odwracać głowy i kierować swych myśli na jedyny znany nam tor. Znamy już tą historię, wiemy jak się skończyła, a jednak zanurzamy się w niej raz po raz, w nadziei na ujrzenie światła, które rozproszy mrok. Samodestrukcja? Nie, nie sądzę. Chyba żal, za tym co odeszło, co nigdy zdarzyć się nie miało, choć mogło i było tak blisko…
Pozostaje mi życzyć nam odwagi, aby nie bać się patrzeć w słońce. Wiesz, że zmrużysz oczy, że ten blask Cię porazi, przez chwilę oślepniesz i będziesz bezbronny. Ale nie bój się. Zobaczyć piękne słońce otoczone jasnym błękitem, to coś, co nadaje życiu głębszy sens. Trzeba sięgać daleko. Trzeba patrzeć w niebo. Trzeba się zastanawiać. I świat musi zadziwiać! I oślepiać, też!
Światłość, w ciemności świeci….I ciemność jej nie ogarnia….

środa, 9 lipca 2008

Uwaga! Prawda! Ci, którzy chcą żyć w kłamstwie, proszeni są o zamknięcie okna!

Wróciłam do domu wczesnym wieczorem, tuż po spotkaniu z Ewą i od razu zauważyłam (cóż za bystre oko) gościa w mieszkaniu.
Ów gość okazał się przemiłym panem, który rozwiązał tajemnicę farbowania ubrań w praniu.
Winowajcą nie jestem ja! Ha! Ha! Ani jakieś urządzenia, które te pan sprawdzał. Winą jest zanieczyszczona pompa, w której była kredka i dwa kawałki szkła. Skąd się to tam wzięło? No cóż…podejrzenia padły….na mnie, rzecz jasna. Ale broniłam się, nieśmiertelnym już, „to nie moja wina”, „to nie ja”, „niech mama tak na mnie nie patrzy”, „no jak zwykle moja wina, dobrze, że mnie macie, zawsze możecie na kogoś zrzucić winę”..
Tak mówiłam, ale po krótkim namyśle stwierdzam, iż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż należy obecność kredki w pompie przypisać mnie….o szkle naprawdę nic nie wiem. Ale kredka….
To już się więcej nie powtórzy!!
Obiecuję!


Słyszałam dzisiaj w radio piosenkę. Jedno zdanie przykuło moją uwagę, bardziej niż reszta, która zlała się w jedną całość.
„Gdzieś odnajdziemy kogoś, kto odkryje całą prawdę w nas”
Tak, nie dziwię się, że nie wiecie, któż tą prawdę nam obwieścił. Oświecę Was, Blue Cafe- „Niewiele mam”.

Wiemy, że ona (narratorka w piosence) niewiele ma. Nie dziwię się.

Po pierwsze, to prawie jak „Archiwum X”- gdzieś, coś, kiedyś….Albo program na Tvp1 „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Albo jak kociołek pełen złota, na końcu tęczy…Przykłady można mnożyć…Ja też mogę powiedzieć, że Polska kiedyś (gdzie to wiadomo- Europa Środkowo-Wschodnia) będzie krajem mlekiem i winem płynącym..
Takie stwierdzenia proszę zachować sobie dla dzieci i bajek, które cała Polska im czyta. „Dawno, dawno temu….”

No, kurcze, konkret proszę! A pseudo-filozofię i oznajmianie prawdy jedynie słusznej, proszę zachować dla siebie. I tylko siebie, bo dzieci nie powinno się tak krzywdzić. Nie tlyko zły dotyk boli przez całe życie..

A po drugie, to zdanie jest fałszywe. Nie ma czegoś takiego jak poznanie całej prawdy, a jeśli znacie kogoś takiego, to nazwisko proszę, chętnie sobie z nim pogawędzę!
Ludzie sami o sobie całej prawdy nie znają, a co dopiero inni. No ja Was proszę. Nie wierzycie? Zapytajcie Leszka Maleszko.
A to będzie „doskonałe pytanie”!

piątek, 4 lipca 2008

urodzinowo

No i oczywiście wszystkiego dobrego!!
Nie, nie życzymy tutaj mieszkańcom USA pomyślności i wszystkiego, co najlepsze z okazji ich święta niepodległości....

Życzymy spełnienia marzeń, słońca na niebie, dróg nieodkrytych, trzeźwego spojrzenia na sprawy tego wymagające, lekkiego kroku, dobrych ludzi na swych ścieżkach, małej ilości zmartwień, zawrotnej kariery na stanowiku reportera, Tobie Ewuś! Właśnie Tobie, Ty mój parszywcu!Żebyś zawsze pisała o mnie takie świetne teksty :P I żebyś, gdy już zawojujesz świat inteligentnymi tekstami i przenikliwym, krytycznym spojrzeniem, nie zapominała o .... oczywiście o mnie!

Życzę też Tobie, wszystkiego dobrego. Nie zapomniałam o Twoich urodzinach. Przez wzgląd na przeszłość, zasługujesz na dobrą przyszłość. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Pozdrawiam niesłyszalnie i macham na przywitanie, które nigdy nie nastapi, mam nadzieję...
Dzień zaczął się tak, jak kilka poprzednich. Wstała rano, niezbyt chętnie, by w strugach letniego deszczu podążyć do pracy.
Początek pracy nie różnił się od tego, co zwyczajowo robiła zjawiając się w Biurze. Kilka uprzejmych „dzień dobry”, zapalamy światło, włączamy komputer, radio, otwieramy okna, nastawiamy wodę na herbatę, sprawdzamy pocztę i czytamy gazetę. Ot, zwykły poranek i czynności, do których się przyzwyczajamy i bez których czegoś by nam brakowało. Codzienne rytuały próbujące uporządkować nasz kawałek świata, aby był trochę bardziej wytłumaczalny i prosty.
Minęło kilka godzin, gdy natrafiła na pewne przeszkody w „świadczeniu swej pracy na rzecz Pracodawcy”. Nie mogła doręczyć kilku pism swej koleżance.
Pukała. Nic.
Szarpała za klamkę. Nic.
Zamknięte.
Sprawdziła, czy wychodziła. Nic. Nie wychodziła z budynku.
Dzwoniła kilka razy. Nie odbierała, no ale czemu się dziwić, przecież pokój zamknięty za klucz….
Zdesperowana (nie lubiła, gdy coś zalegało na biurku, nie załatwione) postanowiła dać pismo koledze, którego pokój sąsiadował z pokojem tej pierwszej, nieobecnej. I co- jego też nie było. Ale postanowiła poczekać przed drzwiami- zaraz powinien wrócić, pomyślała.
Nagle, stało się niemożliwe- drzwi koleżanki otworzyły się…..od środka….i wyszedł kolejny bohater tej zagadkowej historii. Spojrzał na nią i nie zareagowawszy, zszedł po schodach, kierując się, z pewnością do swojego pokoju….
Ucieszona możliwością oddania pisma we właściwe ręce, podeszła do drzwi…zapukała….otworzyła…i zobaczyła pochylającą się kobietę nad swoimi nogami….
Gdy wyszła, z pustymi rękami (uff, co za szczęście, pozbyła się tego ciężaru) zastanowiła się…
Czemu drzwi były zamknięte…
Czemu nie odbierała telefonu…..
Czemu kolega nie powiedział jak zwykle, na jej widok „cześć”, tylko szybkim krokiem podążył do swej jaskini?
Przecież pracują w innych działach, nie mogą mieć wspólnych tematów dotyczących pracy….A nawet jeśli tak- czemu byli zamknięci??

Intryga się zawęża. Myśli krążą po głowie.
Skłonności do tworzenia niewyobrażalnych historii oceniona zostaje przez zainteresowaną, jako bardzo duże, wielkie. Diagnoza- leczenie. Natychmiastowe!

czwartek, 19 czerwca 2008

konkretnie

Szybko, prosto i życiowo.

Jeśli chcesz iść sam, pójdziesz szybciej,
jeżeli ruszysz w drogę z innymi, dojdziesz dalej
To powiedzenie afrykańskie. Czasami warto wyjść poza krąg europejski, np. czytając wypowiedzi przewodniczącego KE :) A, co!
Poza tym (na pewno chcecie to wiedzieć):
Rok 2010 został ogłoszony Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym.
Nad tym też warto się zastanowić.
A póki co, e Europie ma miejsce cicha rewolucja. Chyba milcząca... (cyt.za: J.Staniszkis, której książki nie jestem w stanie skończyć; przeintelektualizowana, albo ja jestem za głupia :D)

wtorek, 17 czerwca 2008

ogłoszenie

Gosia żyje i ma się dobrze.

Brak dłuższej notki nie jest spowodowany niedowładem, paraliżem, wypadkiem samochodowym, pobytem w szpitalu, sanatorium, wyjazdem na wakacje.
Gosia po prostu nie ma o czym pisać. Wiedzie teraz beztroskie życie wypełnione pracą i snuciem planów na przyszłość. Szybko zasypia i za wcześnie wstaje. Ma wyrzuty sumienia, że za dużo wydaje pieniędzy i że jest małoproduktywna w swych działaniach.
Dalej uśmiecha się na widok swojej siostrzenicy. Robi z nią E.T. i noski. Biega po trawie i goni motyle. Z troską patrzy na ciężarną siostrę.
Łóżka dalej nie ściele, a w pokoju ma artystyczny nieład. Irytuje ją wolne łącze internetowe i zimne stopy w klapkach po ulewnym deszczu. Skończyła dzisiaj w tramwaju kolejną część przygód Wina i Myrona (woli Wina:P). Ostatnio tylko w tramwajach i autobusach czyta.
Dziś znowu wróci do domu po 20, bo po pracy jest umówiona z Łukaszem. Będą rozmawiać o kawiarence obozowej. Dopiero teraz traktuje dom jak hotel.

A najbardziej nie lubi mówić o sobie w trzeciej osobie. Ale w pierwszej się wstydzi :D Jeszcze...

piątek, 13 czerwca 2008

list do M

Coś się skończyło. Dalej trwasz i działasz, bo inne zadania czekają na Ciebie. Trochę się boisz, bo to nowość, do której jednak musisz się przyzwyczaić. I ta nieuchronność postępujących zjawisk przeraża Cię, bardzo. Idąc ulicą pełną ludzi, podobnych zresztą do Ciebie, zastanawiasz się, czemu Twoje życie ma wyglądać inaczej. Czemu Twoje plany mają być zrealizowane?

Nie chcesz takiego życia, jakie wiodą Ci inni ludzie. A właśnie ono puka dzisiaj do drzwi. Nawet nie puka. Łomocze. Dobija się. Czy otworzysz? Nikt nie kupił kłódki. Łańcuch nie wytrzyma. Reklama Gerdy lezy na szafce z butami...

A może boisz się, że zanim Twoje życie tak naprawdę się zaczęło, już się skończyło? Już znasz koniec? To nie będzie niespodzianki?

Tylko deszcz świadkiem naszych zmagań.
Pozostaje obojętny na suszę i pada, kiedy chce.
Czemu nie teraz?

środa, 11 czerwca 2008

powrót kota

Tak, wrócili.
Szafy zapełnione, walizki stoją puste i grzecznie czekają na kolejny wyjazd życia.

Cieszę się, że wrócili. Dom już nie będzie taki pusty podczas mojej nieobecności.
Kanarek też się cieszy. Jego egzystencja nabrała barw, a śpiew zyskał widownię. Kwiatki nie muszą łapczywie wyciagać korzeni do wody, nie boją się o jutro, przecież wróciła pani, ona je regularnie podlewa....

Rodzice też się cieszą.
Czemu nikt tej radości nie okazuje?

Wrócili przed 8 rano. O godz.18 zawitałam do domu i....

G: Cześć! [ z entuzjazmem]
R: No cześć!
G: Zmęczeni? Jak było? Uuuu obrazek (brzydki, ale moja opinia się nie liczy i tak zawiśnie na ścianie w przedpokoju jako dowód obecności na wczasach, nad morzem, blisko wody itd. Zrobię zdjęcie i pokażę. Potem) Kiedy wróciliście? Co u rodziny słychać? Podobało Wam się? [ i wiele wiele inych pytań powiedzianych z szybkością błyskawicy]
R: Wszystko w porządku. Fajnie było. [tylko tyle??]
G: [z niesmakiem] Aha
R: Nałóż sobie obiad
G: A co jest?
R: [westchnienie]
G: dobra, dobra, idę
R: Znowu to zrobiłaś..... [pretensja w głosie Ooo]
G: Co? [będą problemy, tak szybko??]
R: [podniesionym głosem] Włożyłaś mokrą pieluchę do kosza i znowu bluzki zapleśniały. Do wyrzucenia. Ile razy można Cię prosić??????? [wyjaśnienie: za pierwszym razem to nie ja włożyłam mokrą szmatkę do kosza, ale spadło to na mnie i będzie się ciągnąć aż do mej śmierci :P]
G:[ bardziej podniesionym głosem] Szmata była sucha, a te bluzki zafarbowały!!
R: Nie krzycz na mnie, nawet się nie przywitałaś!
G: Nie krzyczę, to mama na mnie krzyczy. Przychodzi człowiek do domu i co? Od razu o spleśniałych pieluchach. Nie przywitałam się [ chodziło o zbliżenie twarzy do twarzy :P] bo tu na mnie od progu krzyczą!!

G wita się w tej chwili z R. Idzie kłaść sobie obiad. Koniec relacji R z podróży. Wszystko wygląda tak, jakby nie wyjeżdżali. Rutyna.
Tylko kwiatki się zazieleniły....

Cóż za dramat w zaciszu czterech ścian. Ochota i szczera ciekawość została potraktowana piłą mechaniczną. Nigdy nie doszły do siebie, jak podają świadkowie. Mordercom, już seryjnym, uszło to na sucho... Zbrodnia doskonała, bo bezkrwawa.

Tata zdał mi relacje, wyłuskał z 3-tygodniowego wyjazdu naistotniejsze szczegóły. Przywiózł mi kamyki (eeee, ok :D) i kupił loda. Kochany tatuś :)
A mamusię pozdrawiamy :)

Ps. koszulki nie zafarbowały. Do dziś nikt nie wie, co to było....

poniedziałek, 9 czerwca 2008

nadzieja


No i nie mogę tego nie skomentować.

Miał być Grunwald, a mamy Waterloo.

Pan, który pod mym oknem krzyczał "Polska biało-czerwoni" chyba nie cieszył się z wyniku.


Wygrał przemysł tekstylny i browary.

Zwycięzcom gratulujemy. Dobra strategia, dobrze wykorzystany moment.

Telewizja publiczna też powinna się cieszyć. Nie wydała milionów pieniędzy podatników na to, aby byli oni świadkami klęski własnego narodu. Oni by tego nie wytrzymali. Budżet zresztą też.


Sądzę, że przegrana bitwa wpłynie znacząco na przyszłe wybory. I na nic deklaracje Tuska i Merkel o przyjaźni. Podły Niemiec nie będzie bił nas w twarz! A my nie rzucim ziemi naszej kochanej, chociaż splamionej klęską...


I nagle flagi znikają z okien. Samochody marek różnorodnych- i francuskich, niemieckich, czeskich nie obwieszczają całemu światu, że są za Polską. Nawet deszcz w Londynie przestał padać na znak prostestu.


Do boju biało-czerwoni!! Na pewno wyjdziemy z grupy.

Nadzieja przecież umiera ostatnia.


lakonicznie


Zakupiłam tomik wierszy. Zakupiłam i pochłonęłam od razu, w całości. Co prawda, jak na 80 stron wydania z twardą obwolutą, wydatek rzędu 37 zł nie jest mały, ale podobno wartości wyższych nie można zmierzyć ani objąć...Tak mówią, tak się mówi- zobaczymy pod koniec miesiąca, gdy nie będę miała na chleb :)


Jeszcze w księgarni, nabożnie włożyłam cienką książeczkę do torby. Uwaga! Nie pognieść kartek!! Stop przeciwko zagięciom... Długa była to podróż do domu, każdy zakręt autobusu czułam niemal boleśnie. O, dziwo, nic się nie stało, poezja przetrwała komunizm, przetrwała w mojej torbie, też!


Teraz, prawie jak na ołtarzu, leży pośród poduszek, prześcieradła (ilość:1) i czeka. Czeka na mnie. Gdy w towarzystwie tylko ciszy, wewnętrznej równowagi i popytu bez dna wezmę ją do swych oślizgłych łapek i będę udawała, że wszystko rozumiem i że właśnie tych pięknych słów, mądrości, której mi brak, wyczekiwałam od samego początku mej człowieczej świadomości.





Lubię się zastanawiać.

Lubię po prostu tych kilka słów, które wystarczają, aby zrozumieć złożoność świata.

A może nie zrozumieć, tylko się zachwycić? Zrozumienie to skomplikowana procedura.

Zachwyt. Nie zdarza się często. Szkoda.


piątek, 6 czerwca 2008

młodym być....

Może najpierw podsumujmy dzień wczorajszy.

Nikt sie do mnie nie zbliżył, czy to fizycznie, czy to mentalnie.
Nikt się nie uśmiechnął (oprócz młodego pana w empiku, ale to na pewno nie jest zasługą mdz. On chyba taki był/jest zawsze; taki życzliwy).
Nikt nie ustąpił miejsca w autobusie, tramwaju (sama musiałam, jak lwica, walczyć o zdrowie dla nóg i żył)

Słowem- dno! :D

Ale, gdy tak stałam sobie w tramwaju (zwycięstwo nie zawsze jest po naszej stronie), usłyszałam rozmowę studentów ( może czwartego bądź piątego roku):

Ona: Hmm no ja na pewno gdzieś idę. Pytanie tylko, gdzie.
On1: Podobno na Polach Marsowych i koło AKS-u będą telebimy. Tam na pewno będzie dużo ludzi i niezły klimat....
Ona: ...i rozróba. Jak są tłumy, to zawsze ktoś się pobije....Ja to sobie nie wyobrażam, żeby w ten dzień gdzieś nie pójść i się nie napić. Problemem może być egzamin w przyszłym tygodniu, ale jakoś dam radę
[ i nasz bohater, do tej pory milczący] On2: Nikt z młodych ludzi w poniedziałek nie zostanie w domu, w taki dzień!!

Z dalszego przebiegu rozmowy wnioskuję, że to w poniedziałek jest mecz Polska-Niemcy i ktoś się łudzi, że go wygramy....





Oświadczam, iż ja na ten mecz nie będę patrzeć! A do młodych ludzi się zaliczam. A temu 'młodemu człowiekowi' nie chciałam psuć wizji świata, więc nawet go nie uświadomiłam, że młodzi ludzie mają czasami jakieś inne plany i nie lubią brać udziału w zbiorowyh igrzyskach.

Nie powiem, kiedyś patrzyłam na jakiś mecz Polska-Niemcy i bardzo się tym ekscytowałam. I prawie płakałam, gdy- niespodzianka!!- przegraliśmy. I życzę polskiej drużynie wszystkiego najlepszego. Ale to jest troszkę smutne, gdy cały naród, razem z browarami, łączy się, żywiąc nadzieję, że wszystko się uda.
Smutne, bo to takie rzadkie.
Smutne, bo tak duża energia powstaje dla piłki nożnej.

Ale, dziś- jest piątek, czyli "tygodnia koniec i początek" :D
Miłego weekendu :)

czwartek, 5 czerwca 2008

zbliżmy się, czyli jak odstraszyć człowieka


5 czerwiec 2008

Może nie wiecie, ale jest to data znacząca, gdyż jest to dzień wyjątkowy.

Nie oznacza to wcale, iż tysiące Polaków nie wstało dzisiaj skoro świt i nie poszło do pracy, nie oznacza to, że hipermarkety sa pozamykane z powodu święta, na którego temat ludzie nie mają najmniejszej wiedzy i nawet potrzeby takowej świadomości. Nie zginęło też 10 osób w autokarze, nowe tsunami nie nawiedziło dalekich krain.

Uwaga!

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Zbliżenia. Przynajmniej w Katowicach.

Plakaty z 'manifestem" zawisły na tutejszych słupach i kioskach już kilka dni temu. Czytać mi się tego nie chciało, bo ani czasu nie miałam, a też dużo tekstu tam na ten papier wklepali.Ale wczoraj, podeszłam i przeczytałam. To, co ujrzałam, zdziwiło me oczy.

Po pierwsze, manifest to był lipcowy z 1944r. Były też manifesty poetów. Tego bym tak nie nazwała....

Po drugie, na logo mdz jest nazwa firma, która, być może to wszystko finansuje (żałość).

Po trzecie, zdjęcia zamieszczone na stronie mdz jako efekt tego dni (ludzie siedzieli obok siebie, objęci, usmiechnięci i w ogóle M jak Miłość), są zrobione na ławeczce, krzywej ławeczce, której siedzenie jest takie jakieś lustrzanie ukośne; spada do środka...tak jakby ludzie sami nie potrafili usiąść na środku ławki, blisko siebie....


Po co? Na co? To ja doprawdy nie wiem.

Wiem tylko tyle, że moja podróż autobusem do Katowic potrafi być zatrważająca z powodu zbliżenia współpasażerów do mojej bezpiecznej strefy..


Wadą takich dni jest ich ulotność.

Co z tego, że w Walentynki dostanę kwiatka (jednego?:P), jeśli dnia następnego dostanę, zamiast badylka, w twarz.

Co z tego, że dzisiaj ktoś się do mnie uśmiechnie, jeśli jutro już nawet na mnie nie spojrzy.


A tak poza tym, mało ludzi o tym wiem, a jeszcze mniej będzie poczuwało się do preprowadzenia akcji w swoim otoczeniu. I tym ostatnim gratuluję i życzę im wszystkiego najlepszego. Z całego serca.

Bo miłym trzeba być całe swe życie! A, co!


środa, 4 czerwca 2008

Akcji "Cała Polska czyta dzieciom" ciag dalszy

O, Wy, nieliczni, którzy tu zaglądacie.

Ogłaszam, iż zbieram rachunki (kwota dowolna) z księgarni MATRAS.
Staram się o kartę stałego klienta, która będzie mnie uprawniać do zakupu książek z 5% rabatem. Nie jest trudne uzbierać rachunki za 500zł w ciągu dwóch lat (5% zniżki). Ale nie chce mi się czekać! Nie lubię czekać!
Także zwracam się do Waszych oczytanych umysłów o zachowywanie rachunków z księgarni Matras.
Nagroda gwarantowana, ale umówmy się- to musi być rozsądna kwota hehehe
Za 20zł. będę wdzięczna pod niebiosa, ale za 30zł swą wdzięczność okażę :)

wtorek, 3 czerwca 2008

skrzydła, czy aby rozpięte?


Mówię do ptaka:
muszę lecieć.
Ptak macha do mnie
instrukcją obsługi.
Ewa Lipska "Do ptaka"
I tyle o mojej drodze życiowej.
Nic dodać, nic ująć.
A co z Twoim skrzydłami?

poniedziałek, 2 czerwca 2008

gdy kota nie ma...


Wychodzi na to, że ja jestem gryzoniem.

Rodzice opuścili Śląsk na 3 tygodnie i, o zgrozo, (:P) zostałam sama na gospodarstwie.
Trochę to trwało, zanim zrobiłam imprezę, lecz, przyznajmy, było to nieuniknione!!
Impreza była i się skończyła.


Zobaczyłam jak Mucha gotuje w prawdziwej kuchni. Rzecz nie do przecenienia :) Polecam każdemu, kto zaprasza dużo ludzi, aby zapoznał się z Justyną. Nie dość, że taka to potrafi z każdym porozmawiać, gdy się postara- jest zabawna, to jeszcze pomoże w gotowaniu przed i w sprzątaniu talerzyków po. No i jeszcze jedno- jest urocza. I je chipsy jakby kosztowały fortunę- bardzo się na tym skupia i delektuje, o iście chopinowskim rozstawie palców już nie wpsomnę.

Zobaczyłam jakie to irytujące, gdy ludzie się spóźniają (tylko 3 godziny).

Zobaczyłam, jaka to ice tea jest niezdrowa.

i...

kolejny już raz dostrzegłam, jak to dobrze mieć takich bliskich obok siebie (szczególnie Ciebie i Ciebie :*)

ps. ciasto pyszne- z galaretką i owocami!
Sto lat dla solenizantki, niech mnie dobrze zastępuje!! :)

piątek, 30 maja 2008

ciasta, święta i jest ok

Początek jest połową całej rzeczy.

W każdej rzeczy najważniejszy jest początek.

Tak powiedzieli inni...

A co ja mam do powiedzenia o moim początku?

1. Pierwszy dzień w pracy- moja poprzedniczka się żegna. Ciasto, kawa, cukierki

2. Dzisiaj- świętujemy Dzień Dziecka. Ciasto. Nie wiem czyj to pomysł, kto je zrobił, ale było pyszne- trochę piernikowate, wilgotne, z jakimiś owocami w środku.

3. Za trzy dni- urodziny koleżanki. Zapewne też ciasto.

15 dni roboczych i 3 ciasta. Dobra załoga. Klimat świetny, i to nie tylko dzięki ciastom :)

Może inne podsumowanie:

Prawie zepsute ksero (1)
Wciągnięty papier przez tego potwora (2)
Uszkodzone oryginały dokumentów (0) [Uff, nie wiem jakim cudem]

Wniosek
Wykształcenie wyższe (prawie) nie wystarczy, aby posiąść tak trudną umiejętność jak obsługa ksero. A szkoda....

czwartek, 29 maja 2008

kilka słów nt. ważne

Godzina 6.59. Start autobusu z dworca. Wielkie szczęście- siedzę; juz nawet gazety nie chce mi się czytać. Po chwili już drzemię, ale świadomie- średnio co 6 minut sprawdzam gdzie jestem (co za czujność).

W Katowicach powoli dochodziłam do siebie.
Nagle... ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam biegnącego chłopca, może piętnastolatek, w ręku mocno trzymał teczkę sporych rozmiarów, na plecach, oczywiście, był plecak. Chłopiec ten biegł, ale na ten widok chciałam krzyknąć "Pomóżcie mu, on przecież nie dobiegnie!!". Młodzieniec ten nie biegnął, on biec tylko próbował. Żałość ogarnęła me zaspane serce. Tyle siły, tyle chęci, a jakie marne rezultaty. Prawie nie podnosiło to nóg, kolana nie podejmowały żadnego wysiłku, aby zgiąć się tak naprawdę, a nie tylko na niby. Prędkości dostrzec tam, porażającej, nie można było zaobserwować. Ale mina śmiałka, zderzającego się z brutalnością tego świata (to już chcieć, nie znaczy móc?) świadczyła o tym, że mu się spieszyło ( być może na przejście dla pieszych, przy którym zielone światło traciło swą barwę i wszelki zapał do bycia widocznym).


Kto jest winien temu wydarzeniu?

Sądzę, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Ile jest dzieci w Polsce, które nie potrafią biegać? Ile dzieci skrzywdzono tym, iż zawsze są o te kilka minut, może nawet sekund, spóźnione?

Ja Wam odpowiem- SYSTEM!! Cała szara sieć jest w to zaplątana!

To szkoła zatrudnia parszywych nauczycieli wychowania fizycznego, którzy są zbyt ociężali, aby czegoś dokonać w tych rozleniwionych przez konsumpcyjne życie, gry komputerowe, młodych umysłach!
To szkoła zezwala ( w zasadzie nie ma inego wyjścia) na tolerowanie fałszywych zaświadczeń lekarskich o niezdolności do ćwiczeń na lekcji wf ( lekarzom damy spokój) .
To społeczeństwo patrzy obojętnym wzrokiem na te wszystkie patologie i rozkładający się, na naszych oczach, przyzwoity poziom zdrowego rozsądku.

Co jest konsekwencją tego stanu?

Spóźnione dzieci, a potem dorośli. Dorośli pracują niepełne 8 godzin- traci firma, traci pracownik, któremu obniżona jest pensja. Małżonek i dzieci nie mają na swoje przyjemności. Wywierają presję na naszym biednym spóźnialskim, który stresuje się i popada w depresję- zuskuje przemysł farmaceutyczny i lekarze (którzy być może zapoczątkowali ten bałagan).
Dzieci pozbawione są jedynej broni przed huliganami. Pozbawione są szybkich nóg! Juz nie mogą uciec przed bandziorami kryjących się w ciemnych uliczkach naszych, jakże bezpiecznych, miast. Tzn. mogą uciekać, ale będzie to czynność nieskuteczna i pozbawiona sensu.
Nawet nie chce mi się mysleć nad innymi konsekwencjami tego wszystkiego.
Jest 9.21, cały dzień przede mną, a w nim wiele kolorowych myśli.


Poza tym, to ja biegać nie potrafię. Nie wiem jak to się stało. Dlatego NIE BIEGAM! I liczę na spóźnione autobusy, które jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, zawsze przywożą mnie do celu o dobrej godzinie :)

czwartek, 22 maja 2008

NO STRESS

Siedzimy i nagle, z głośników, słyszymy.... "no stress". Idea nam się bardzo podoba, hasło łatwo wpada w ucho. Powtarzać z końcem każdego wersu "no stress" też potrafimy, nie jest to nic trudnego. Chociaż tekst piosenki jest zupełnie inny, ale kto się tym przejmuje. No stress przecież!!
Tak było kilka dni temu...

Dziś, w święto, jakżeby inaczej, w tv mowa jest właśnie o stresie!! A ja powtarzam sobie "no stress". To lepsze niż jakiś, popularyzowany w tym programie, wysiłek fizyczny, relaks, postulat zostawienia, w trakcie urlopu, pracy w pracy (daaa, logiczne, nie? a jednak nie dla wszystkich).... Te wszystkie metody, sposoby, rady...A tu człowiek coraz bardziej zestresowany, że się stresuje, i że to takie niezdrowe, bo zawał serca, wrzody żołądka, rozpad rodziny.... Powiem jedno- no stress..
To tak samo jak z kawą. Nie działa ona na mnie w ogóle...Mogę wypić litr, a potem grzecznie iść spać. Kawa jak kakao. Ale, gdy sobie zrobię kawusię (nie kawę!), w ładnej filiżance (mam tylko ładne, aż trzy :)) od razu czuję, jak energia mnie rozpiera. Wszystko zasługą własnej głowy!! Także no stress!

Dziś święto. Więc wstałam przed 8, posprzątałam pokój, zrobiłam pranie. Umyłabym też podłogi, ale to byłoby już przesadą. I kto tu powinien się stresować?



No stress - myślę tylko o sobie...

Podróże z i pod prąd

Niekończące się nigdy

Taka nasza wolna śmierć

Ziarno nienawiści

Raczej nigdy nie będzie lepiej

Raczej nigdy nie było źle

Raczej już zostanie

Tak jak jest

"Nostress" Happysad

środa, 21 maja 2008

to wcale nie początek

Nie będzie ckliwego początku. Życzeń dobrych tekstów, szerokiej widowni, zapewnień o systematyczności i innych dziwności.
Końca, na razie, też nie przewiduję.
Po prostu, blog. Wczoraj go nie było, dziś już jest.


Wszelkiego rodzaju komentarze mile widziane. Autor (to chyba ja !!) zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy bez podania wyraźnej przyczyny. Ach, ta władza... Dać tu człowiekowi garść uprawnień i od razu zaczyna się szarogęsić heheh