Od dziecka słyszałam, że za komuny było lepiej….Zewsząd padały porównania, jak to dzisiaj jest źle i jak wtedy było lepiej- może nie dobrze, ale lepiej, inaczej. Jestem przekonana, że Ty także o tym słyszałeś. Zawsze wydawało się mi się to irracjonalne i bardzo- emocjonalne. Nie żyłam w poprzednim systemie, ale czując jego oddech na plecach wiedziałam, że ja dziękuję, ale żyć wtedy bym nie chciała i byłam wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
Obserwowanie zmiany, bo teraz mi o to chodzi, która nastała, byłoby ciekawym przeżyciem, ale czy bym to zauważyła? Czy bym tego doświadczyła? Obudziłabym się tuż po zmianie systemu i stwierdziłabym, że tak, jestem szczęściarą, bo na moich oczach dokonała się historyczna zmiana? Ba, wszyscy o tym mówili, ale czy tak naprawdę to czuli? W każdej komórce swego ciała, czy byli świadomi następstw, konsekwencji? Czy byli podnieceni samą myślą o tym, podekscytowani tym, co jutro może przynieść dzień? O historii łatwo mówić, ale czy równie łatwo ją przeżywać? Tego bym się bała. Że coś przemknie tuż obok mnie, a ja tego nie zauważę. Pewnie dlatego los mi oszczędził takiego rozczarowania…
No, więc mamy tą komunę. Dziwi fakt, że nawet moi rówieśnicy odwołują się do tamtych czasów w sposób, który by sugerował, że tam byli, żyli i oddychali tamtym powietrzem… Narzekają na kolejki, na obsługę i na mentalność innych ludzi. Cóż… mnie też to dotknęło.
Na poczcie.
Wydawałoby się, że to jest proste. Przyszłam, chcę wysłać list, potrzebuję blankietu nadania listu za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nie jest nigdzie wystawiony, więc udaję się do okienka. Czekam w kolejce. Kolejka się wydłuża. Gaśnie prąd i panie urzędniczki wpadają w popłoch…Ciemno, słychać tylko poirytowany oddech ludzi za mną. Znacie to. Nagle ludzie wzdychają, tupią, ech ach, och. Nerwowo zerkają na zegarek. Dostaję bankiet dot. nadania przesyłki poleconej i urzędniczka wychodzi… Pani za mną ze zrozumieniem mówi, że jeszcze powinnam wziąć taki żółty (zwrotne potwierdzenie otrzymania listu), bo jeśli go teraz nie wezmę, to będę musiała jeszcze raz w tej kolejce stać i to dwa razy więcej czasu zajmie…No jasne, tylko, że ja potrzebuję pomarańczowy (bo za granicę ten list wysyłam). Dziękuję za informację i czekam na ten blankiet (ile to czasu może zajmować!). Pani wraca, podaje mi go i ja, grzecznie, choć z grzesznymi myślami, wychodzę z kolejki. Gdy do niej wracam, dalej jest długa…Dziewczyna przede mną ma do odbioru paczkę.
Dziewczyna (D): Dzień dobry [podaje kwit Urzędniczce (U)]
U: [wyciąga rękę po kwit, wychodzi]
…..
U:[ podaje D kartkę do podpisu, wskazuje miejsce, gdzie ma się podpisać]
D: Mogę długopis?
U:[podaje długopis]
D:[podpisuje, oddaje długopis]
D: Dziękuję
U:[podaje paczkę]
D: do widzenia
Jak zauważyliście, U nie odzywa się w ogóle. Skonsternowana, gdy przyszła moja kolej, nie wiedziałam jaką rolę mam odegrać. Czy odzywać się i silić się na grzeczność, czy też zagrać w jej grę i udać, że język polski to trudny język, więc po co w ogóle go używać. Resztkami sił, odezwałam się. Standardowo- proszę, dziękuję, do widzenia.
Ale tak naprawdę, to mam to wszystko w dupie. Urząd żywcem wzięty z czasów komuny. Jesteśmy ludźmi i trochę kultury, no naprawdę szczyptę, odrobinę, by się przydało. Urząd przyjazny ludziom?
Ja rozumiem, że ludzie po drugiej stronie są zmęczeni. Zestresowani, bo prądu zabrakło. Ale czy to jest powód? Tak bezosobowo? Tak bezpciowo? Bez smaku i koloru?