czwartek, 29 stycznia 2009

linki

No i już.
Trochę to trwało zanim się do tego zabrałam, ale dzis 29 stycznia, ta chwila nadeszła.
Dodałam linki z boku!!!
Jeszcze tylko muszę je pogrupować.... ale to może za pół roku ;P decyzja ta musi we mnie dojrzeć ;)

lekarzem nie będę ;)

Chciałabym podzielić się pewnymi przemyśleniami. Gdy wypowiadam je, strasznie mi dziwnie gdzieś tam w środku, ale napisać mogę, bo to co innego ;)


Wczoraj napisałam test z międzynarodowych stosunków gospodarczych. Niby nic, ot kolejny egzamin. Otóż, nie. Pomijając możliwość uzyskania odpowiedniej ilości punktów lub też konieczności powtórnego podejścia do egzaminu należy zaznaczyć, iż jest to ostatni egzamin na moich studiach.

Od razu pojawia się jakiś sentyment za tym, co za mną, chęć podsumowań i pogłębionych analiz, spojrzenia na to wszystko oczami obiektywnego obserwatora.
Pojawia się… i zaraz znika.
Przecież wiem, co dobrze zrobiłam (nie powiem, za bardzo jestem skromna).
Wiem także, co źle zrobiłam (tego na pewno nie powiem, bo bardzo się wstydzę).
A przede wszystkim zdaję sobie sprawę, iż wszelkie podsumowania nie mają sensu, bom jeszcze nie jest Panią magister.
No właśnie- jeszcze ten jeden mały szczegół- napisanie i obrona pracy ;)

A potem będę mogła się zastanawiać, na jakim kierunku się jeszcze edukować, w jakim systemie. Wybierać kurs językowy, karnet na fitness i biadolić (to lubimy najbardziej) nad brakiem czasu.

Jakoś nikt mi nie mówił, że tak to będzie wyglądać, gdy z uporem maniaka uczyłam się składu leków i sposobu ich zażywania (etap: zostanę lekarzem), uczyłam się konstytucji (etap: zostanę prawnikiem) czy też nadawałam imiona swoim nienarodzonym dzieciom (etap- odsunięty w bliżej nieokreśloną przyszłość ;)

Nikt mi tego nie powiedział i przez to, aż do 40-tki będę próbowała się do tego wszystkiego przyzwyczaić, bo u mnie to zawsze wolniej przebiega ;)

sobota, 24 stycznia 2009

start

Wstyd. Bardzo się wstydzę. Czerwienię się po same brzegi mych niezbyt dużych uszu. 2 grudnia ostatni post. Co to w ogóle ma znaczyć? Nie tak to miało wyglądać...
Trochę się działo. Ale to oczywiście nie jest usprawiedliwienie..
Praca, zaliczenie, siostrzenica, złe samopoczucie i takie tam.

Stwierdziłam, że jednak teraz, gdy muszę się uczyć do egzaminu, napiszę, zainspirowana notką innego blogowicza.


Czym się różni studiowanie filozofii od filozofowania? Niby pisownia podobna, ale te dwie czynności dzieli przepaść.
Studiowanie filozofii ma sens. Pogłębia wiedzę o świecie, o nas samych. Zadajemy pytanie szukamy odpowiedzi. Analizy filozoficzne pogłębiają, rozwijają. Kolejne drzwi w naszej głowie się otwierają ukazując zupełnie inny świat...

Filozofia to umiłowanie mądrości. A filozofowanie? To zanurzanie łyżki w herbacie, dodanie soli. A po jednym ruchu łyżki, wypicie płynu i stwierdzenie, że to nie jest smaczne. TO jest filozofowanie. Robią to znajomi przy wódce, kobieta w kolejce do lekarza, mężczyzna po obejrzeniu wiadomości. Narzekamy, analizujemy powierzchownie radując się na samą myśl, że jesteśmy mądrzy i kompetentni do wydawania sądów na tematy ważne i ważniejsze. A już najgorsze jest to, jak to analizujemy swoje życie.
Ja to też robię. Lubię zanurzać się w swoim cierpieniu, chwilach radości, smutku, tęsknocie; zastanawiać się nad przyszłością, do znużenia i znudzenia rozbierać przeszłość na części pierwsze. Potem znowu je składać, obracać w palcach. Burzyć i budować. To takie fajne. To takie moje, własne i zawsze moje zdanie jest ważne. Jestem panią swojej wyobraźni.

Ale czasami przesadzamy. Przesada, nadmiar, przesyt jest szkodliwy. Potrzebny jest umiar. I dochodzimy do prawdy głoszonej przez filozofów greckich. Umiar.

I żeby nie przesadzić, kończę.