Wstyd. Bardzo się wstydzę. Czerwienię się po same brzegi mych niezbyt dużych uszu. 2 grudnia ostatni post. Co to w ogóle ma znaczyć? Nie tak to miało wyglądać...
Trochę się działo. Ale to oczywiście nie jest usprawiedliwienie..
Praca, zaliczenie, siostrzenica, złe samopoczucie i takie tam.
Stwierdziłam, że jednak teraz, gdy muszę się uczyć do egzaminu, napiszę, zainspirowana notką innego blogowicza.
Czym się różni studiowanie filozofii od filozofowania? Niby pisownia podobna, ale te dwie czynności dzieli przepaść.
Studiowanie filozofii ma sens. Pogłębia wiedzę o świecie, o nas samych. Zadajemy pytanie szukamy odpowiedzi. Analizy filozoficzne pogłębiają, rozwijają. Kolejne drzwi w naszej głowie się otwierają ukazując zupełnie inny świat...
Filozofia to umiłowanie mądrości. A filozofowanie? To zanurzanie łyżki w herbacie, dodanie soli. A po jednym ruchu łyżki, wypicie płynu i stwierdzenie, że to nie jest smaczne. TO jest filozofowanie. Robią to znajomi przy wódce, kobieta w kolejce do lekarza, mężczyzna po obejrzeniu wiadomości. Narzekamy, analizujemy powierzchownie radując się na samą myśl, że jesteśmy mądrzy i kompetentni do wydawania sądów na tematy ważne i ważniejsze. A już najgorsze jest to, jak to analizujemy swoje życie.
Ja to też robię. Lubię zanurzać się w swoim cierpieniu, chwilach radości, smutku, tęsknocie; zastanawiać się nad przyszłością, do znużenia i znudzenia rozbierać przeszłość na części pierwsze. Potem znowu je składać, obracać w palcach. Burzyć i budować. To takie fajne. To takie moje, własne i zawsze moje zdanie jest ważne. Jestem panią swojej wyobraźni.
Ale czasami przesadzamy. Przesada, nadmiar, przesyt jest szkodliwy. Potrzebny jest umiar. I dochodzimy do prawdy głoszonej przez filozofów greckich. Umiar.
I żeby nie przesadzić, kończę.